4 grudnia 2012

Gorące źródła, zimna wojna

„Arnaldur Indriðason wypełnia próżnię, która pozostaje po przeczytaniu książek Stiega Larssona” – pisało o nim „USA Today”. Najsłynniejszy islandzki twórca kryminałów zyskuje coraz większą popularność także na naszym podwórku. Kolejną wydaną w Polsce książką udowadnia, że jest to popularność w pełni zasłużona.

 

Powierzchnia każdego jeziora jest jak kurtyna zasłaniająca osiadłe na dnie ludzkie tajemnice – moździerzowe granaty i zaręczynowe pierścionki, zatopione opony i naczynia liturgiczne, ukryte w mule telewizory i rycerskie zbroje. Zazwyczaj woda dobrze strzeże tajemnic, okazuje się jednak, że nie każde jezioro jest idealnym powiernikiem. Położony na Islandii akwen Kleifarvatn w ciągu kilku ostatnich lat utracił czwartą część swojej powierzchni. Tę geologiczną osobliwość postanowił wykorzystać Arnaldur Indriðason w powieści „Jezioro” (która w oryginale nosi tytuł bardziej precyzyjny, choć trudniejszy do wymówienia, „Kleifervatn”).

 

Z powodu tak dużego spadku poziomu wody oczom islandzkich policjantów ukazuje się to, co nigdy nie miało wyjść na jaw – ciało z przymocowaną aparaturą nadawczą radzieckiego pochodzenia. Przestępstwo sprzed wielu lat, najpewniej przedawnione – wyjaśnianie tej sprawy nie budzi entuzjazmu miejscowych śledczych. Indriðason uczynił głównym bohaterem swego cyklu kryminałów detektywa Erlendura Sveinssona, człowieka, który z maniakalnym uporem podąża tropem niewyjaśnionych spraw z przeszłości. Jego specjalnością są zaginięcia. Postanawia sprawdzić policyjne archiwa pod tym kątem. Polityczne powiązania i pochodzenie tajemniczego nadajnika pozostawia swoim współpracownikom.

 

Najciekawsze w tej opowieści, jak niemal za każdym razem u Indriðasona, jest przywoływanie zdarzeń z przeszłość. Tym razem autor przenosi nas w dość odległy i trudny czas zimnowojennej Europy, z jej rozpaloną wiarą w nieskazitelność wielkich politycznych idei. Młody Islandczyk Thomas, zaangażowany socjalista, w nagrodę za swoją aktywność wyjeżdża na studia do Lipska. Doświadczone wojną miasto w NRD ma być przykładem dla jego rodzinnego Reykjaviku. To tutaj, w Lipsku, Thomas powinien dostrzec budowanie prawdziwie socjalistycznego społeczeństwa. Młodzieńcze ideały nie do końca jednak przystają do obserwowanej przez Thomasa rzeczywistości – biedy powojennego miasta i metod działania towarzyszy z Lipska, choćby miały to być metody wyłącznie „tymczasowe”. Ta historia jest nam bardzo bliska, mniej przypomina fikcyjną opowieść umiejscowioną na egzotycznej, odludnej i mroźnej wyspie – bardziej nasz własny środkowoeuropejski dramat, gorzki i smutny jak w „Żarcie” Milana Kundery. Osobiste cierpienie, niezabliźnione rany i niepowetowane straty górują nad teraźniejszością, przytłaczają ją i czynią nieznośną.

 

Śledztwo Erlendura i wspomnienia Thomasa zbiegają się ze sobą, dążąc do swoistego katharsis – oczyszczenia, wywołanego przez zrzucenie z barków ciężaru przeszłości. Tym samym dostajemy od autora „Głosu” kolejną powieść na wskroś islandzką – nieśpieszną, ale pełną napięcia, głęboką psychologicznie, lecz chłodną, z pewnością wartą polecenia miłośnikom gatunku, ale też taką, która przypadnie do gustu osobom poszukującym ciekawych historii.

 

Polscy pisarze kryminałów w ślad za swoimi zagranicznymi kolegami odkryli już, jak ważną rolę w powieści może pełnić miasto. Jak dotąd nikt jednak nie docenił potencjału, jaki mogą kryć rodzime jeziora. Póki co, tajemniczych opowieści skrytych pod naszymi wodami możemy szukać jedynie na dnie Świtezi.

 

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także