2 czerwca 2015

Krwawiąca krawędź

Tajemniczy paranoik, jeden z najwybitniejszych żyjących pisarzy, patron kontrkultury i przedmiot niezliczonych akademickich analiz – Thomas Pynchon znowu na tropie.

header - 678x239 - Pynchon

„W sieci” to z pewnością jedna z najciekawszych powieści spośród tych, które ukażą się w tym roku w Polsce i zarazem udana literacko, nad wyraz aktualna diagnoza współczesności.

Ludzi czytających literaturę piękną można zasadniczo podzielić na dwie kategorie: tych, którzy kojarzą powieść postmodernistyczną raczej z Umberto Eco i tych, którym jako pierwszy na myśl przychodzi Thomas Pynchon. Cóż, większą rację mają ci drudzy. Pynchon, siedemdziesięcioośmioletni już dziś autor, rzeczywiście zrobił w swoim czasie z powieścią coś, co trwale ją zmieniło. Zamiast tylko kontynuować za Jorge Louisem Borgesem pisanie jako zamykanie się w bibliotece, zrobił jeszcze jeden krok – metaforycznie przeniósł literaturę do internetu (którego na dobrą sprawę jeszcze wówczas nie było).

„Tęcza grawitacji”, jego najbardziej znana pozycja, to powieść-kłącze, przeładowana informacjami zaczerpniętymi z najróżniejszych dziedzin kultury i nauki, błyszcząca łączącym przeróżne rejestry językiem, obsceniczna, kreująca nadrealistyczny świat, dzięki którym autor mówi coś istotnego o świecie rzeczywiście istniejącym. Niejeden mógł wówczas myśleć o nim – jak Philip K. Dick o Stanisławie Lemie – że nie istnieje, a pisaniem jego prozy w rzeczywistości zajmuje się sztab różnie wyspecjalizowanych ekspertów. Pynchon, który wraz z „Tęczą grawitacji” zapowiadał zmiany percepcji wywołane głównie globalnymi zmianami w przepływie informacji i ciągłym rozpędzaniem się masowych mediów, w nowej powieści wprost podejmuje temat internetu, a zatem – dzisiejszego świata. Świata już po rewolucji Web 2.0.

Najsłynniejszy pisarz, którego nikt nigdy nie widział, znany jest nie tylko dzięki swojej prozie, ale też za sprawą legendarnej aury tajemnicy. Czytelnicy Pynchona dobrze wiedzą, że ostatnie znane zdjęcia autora pochodzą jeszcze z czasów jego studiów w Cornell University. Od tamtej pory udało mu się nie udostępnić mediom ani swojego wizerunku, ani podstawowych informacji o sobie. Jeśli nie ze starymi czarno-białymi zdjęciami, Pynchon kojarzyć się może czytelnikom najwyżej z wyglądem, którym obdarzyli go twórcy serialu The Simpsons. Pisarz zgodził się dubbingować postać samego siebie w jednym z odcinków, dokonał też kilku zmian w jego scenariuszu. Nawet kreskówkowy Thomas Pynchon ma zresztą na głowie papierową torbę. Dziś, w epoce informacji, obsesyjna dbałość pisarza o własną prywatność nie budzi już chyba takiego zdziwienia jak kiedyś. Dziś, czyli w czasach, kiedy nie trzeba Edwarda Snowdena, by wiedzieć, że informacje o większości niczym nie wyróżniających się Janów Kowalskich można w kilka sekund znaleźć za pośrednictwem Google. Informacji o Pynchonie, dorocznie wymienianym w gronie faworytów do Nagrody Nobla i zaliczonym przez Harolda Blooma wraz z Donem DeLillo, Cormakiem McCarthym i Philipem Rothem do słynnej wielkiej czwórki pisarzy amerykańskich – nie można. Paranoja zaś jest obecnie już nie tylko jednym z głównych tematów powieści Pynchona, ale również popularnym motywem ogólnoświatowej kultury.

Najnowsza powieść autora „49 idzie pod młotek” to rzecz reklamowana jako dotycząca internetu i ataków terrorystycznych z 11 września 2001. Zawiodą się jednak ci, którzy będą od „W sieci” oczekiwać gruntownego opisu amerykańskiej traumy po atakach na World Trade Center, eksplikacji jednoznacznego stosunku do islamu czy odkrycia tajemnic deep-webu. Akcja istotnie rozgrywa się w Nowym Jorku w okresie po pęknięciu tak zwanej giełdowej bańki internetowej, zaraz po złotych czasach pompowania największego kapitału w biznesy internetowe, kiedy dot-comy zaczęły bankrutować. Pynchon nie poprzestaje jednakże na odmalowaniu tła obyczajowego, jak zawsze chodzi mu o coś o wiele ambitniejszego. Gdzieś pod tym, czego doświadczają bohaterowie, kryje się to, czego doświadczyć nie mogą. Może to głęboko ukryty spisek, a może jedynie możliwość istnienia takiego spisku. Może pod dostępnym jedynie hakerom deep-webem jest schowany jeszcze mniej dostępny obszar internetu?

U Pynchona można się w nim natknąć na przykład na dusze ofiar zamachów z 11 września. Jak napisał Jerzy Franczak w dodatku do „Tygodnika Powszechnego” – autora „Tęczy grawitacji” na najgłębszym poziomie interesuje ponawianie pytania o to, czym jest rzeczywistość i w jaki sposób jej doświadczamy. Być może nigdy nie było to u niego tak czytelne, jak w najnowszej powieści. Być może nigdy problem nie był dla nas wszystkich tak istotny jak teraz, kiedy zagubienie w wirtualnej rzeczywistości staje się naszym codziennym udziałem.

Pynchon nie byłby sobą, gdyby „W sieci” nie było powieścią nie tylko przerażającą, ale również zabawną. Nie sądzę natomiast, żeby była to powieść popowa. Schemat postmodernistycznego kryminału wypróbowany już w „Wadzie ukrytej” (przypomnę, że niedawno brawurowo i halucynacyjnie sfilmowanej przez Paula Thomasa Andersona) tym razem został jeszcze bardziej oderwany od swoich źródeł, których trzeba szukać w kryminałach noir w stylu Raymonda Chandlera. Mówiąc najprościej – czytelnik szybko orientuje się, że zagadka nie ma szans na rozwiązanie, intryga musi pozostać owiana tajemnicą, koniec zaś będzie właściwie powrotem do punktu wyjścia. Z kryminału pozostała sama zagadka i próby stawienia jej czoła, węsząca bohaterka oraz – wreszcie – kapitalny oryginalny tytuł powieści. Czy słowne zestawienie Bleeding Edge to nie piękny, poetycki pomysł na określenie boleśnie niepokojących granic poznania, utrzymane w śmiesznej konwencji pulpowego noir?

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także