24 grudnia 2014

„Tłumaczenie to nie haszysz”. Jerzy Jarniewicz w „Świętach z tłumaczami”

W szóstym odcinku cyklu naszym gościem jest Jerzy Jarniewicz, tłumacz, teoretyk przekładu, krytyk literacki i poeta, autor przekładów m.in. dzieł Philipa Rotha i Johna Banville’a, a także nowego tłumaczenia arcydzieła Joyce’a „Portret artysty w wieku młodzieńczym”.

header - 678x239 - Swieta z tlumaczami

„Tłumaczenie to samotna, mozolna i niewdzięczna orka. Bywa że piękna, bywa, że daje zadowolenie, ale wyciska z nas siódme poty. Im dłużej tłumaczę, tym bardziej jestem przekonany, że przekład to działalność z gatunku niemożliwych – taniec z widmami”. Jarniewicz opowiada Marcie Natalii Wróblewskiej o przekładzie jako interpretacji, o tym, po co na nowo tłumaczyć klasykę, a także o języku nieoswojonym.

header - Jarniewicz2

Patrząc na listę opublikowanych przez Pana przekładów, można odnieść wrażenie, że jest pan bardzo pracowitym człowiekiem. A może jest pan od tłumaczenia uzależniony?

Jestem człowiekiem bardzo pracowitym, nie przeczę, ale do takiego wniosku nie dojdzie Pani przyglądając się liście moich przekładów. Jeśli już, to raczej w innych dziedzinach ujawniam tę swoją bardzo-pracowitość. Lista moich przekładów nie jest długa, to dwadzieścia kilka książek – wystarczy porównać ją z listami innych tłumaczy, choćby Leszka Engelkinga czy Michała Kłobukowskiego. I mówię to bez fałszywej skromności. Tłumaczę bardzo powoli i z długimi przerwami, w wyborach jestem wybredny, a od dłuższego czasu nie podejmuję się przekładów na zamówienie. Bliższe są mi też przekłady poezji niż prozy, a tych, wiadomo, dużo się nie publikuje, a jeśli już, to w periodykach. O uzależnieniu nic nie słyszałem – w moim przypadku tłumaczenie to bardzo trzeźwa działalność, do której muszę się każdorazowo sam przekonywać. Tłumaczenie to nie haszysz – to samotna, mozolna i niewdzięczna orka. Bywa że piękna, bywa, że daje zadowolenie, ale wyciska z nas siódme poty.

Jest pan także teoretykiem tłumaczenia, autorem zbioru szkiców „Gościnność słowa”. Proszę powiedzieć, tak między nami (i czytelnikami) – czy w ogóle można tłumaczyć?

Czy jestem teoretykiem, nie wiem. Moja znakomita koleżanka w tej branży, Magda Heydel, powiedziałaby zapewne, że uprawiam raczej eseistykę translatologiczną niż teorię przekładu. A czy można tłumaczyć? Im dłużej tłumaczę, tym bardziej jestem przekonany, że przekład to działalność z gatunku niemożliwych – taniec z widmami. Ale też im dłużej tłumaczę, tym bardziej wierzę, że należy tę niemożliwą działalność uprawiać. I tłumaczyć, praktycznie bez końca, ciągle na nowo. Dlatego patronem tłumaczy powinien być, obok zasłużonego Hieronima, niejaki Syzyf. Myślę oczywiście nie o przekładzie w ogóle, ale o przekładzie literackim, bo jest on pojęciem wewnętrznie sprzecznym: chodzi w nim niby o to, by powiedzieć to samo, ale w innym języku, czyli inaczej. Tymczasem w literaturze to, jak się mówi, jest tym, co się mówi. Kiedy mówi się inaczej, mówi się co innego. Przekład byłby więc z konieczności mówieniem czego innego, choć z definicji powinien mówić to samo, co mówi oryginał. Czy się jasno wyrażam? Kwadratura koła.

Po co, pańskim zdaniem, tłumaczyć na nowo klasykę? Ambicja tłumacza, chęć oddania sprawiedliwości autorowi czy przybliżenia książki współczesnym czytelnikom?

Powody są różne, najmniej podoba mi się ten pierwszy przez Panią wymieniony, czyli ambicja tłumacza. Nie lubię walki kogutów. A przekład literacki jako przykład takiej walki to już całkowite nieporozumienie. Z tą sprawiedliwością, jaką trzeba oddać autorowi, też dałbym sobie spokój. Tłumacz to nie adwokat autora, ani jego doradca podatkowy, żeby jego interes miał brać pod uwagę. Czy kolejnych tłumaczy „Iliady” naprawdę interesuje Grek o imieniu Homer? Klasykę warto i trzeba na nowo przekładać głównie z tego powodu, dla którego warto i trzeba ją na nowo czytać, bo przecież przekład jest czytaniem, jest interpretacją. Jeśli przestaniemy na nowo interpretować „Hamleta”, jeśli zaspokoją nas istniejące jego odczytania, będzie to znaczyło, że utwór się wyczerpał i nie ma nam już nic do powiedzenia. Nie wierzę, by kiedykolwiek do tego doszło. Bo nie ma ostatecznej interpretacji „Hamleta”. Tak samo z przekładem. Nie ma ostatecznego przekładu, który by odbierał sens pomysłom na kolejny przekład. Dlatego nowi tłumacze, nowe pokolenia przekładają po swojemu i w swoich językach, a więc odczytują klasykę na nowo.

JoyceSkąd pomysł na przetłumaczenie na nowo „Portretu artysty…” Joyce’a? Czym przekład różni się od poprzedniego?

Przekład poprzedni pochodzi z lat trzydziestych ubiegłego wieku. Od tego czasu zmieniła się polszczyzna, ale też zmieniła się nasza wiedza o twórczości Joyce’a. Dziś niemal każde zdanie Joyce’a zostało przez krytykę prześwietlone, omówione, zanalizowane. Pomyślałem więc, że warto tę powieść ponownie do polszczyzny wprowadzić – teraz już z tą narosłą wokół powieści wiedzą, a raczej świadomością wiedzy. Co więcej, chciałem zaproponować przekład, który wynikałby z mojego odczytania tego utworu – jako powieści rozwojowej, w której bohaterem jest język. U Joyce’a to nie tyle tytułowy bohater, młody artysta, ale język przechodzi przez kolejne stadia ewolucji, to język dojrzewa. Wydawało mi się, że każdy z języków tej powieści ukazuje swoją niewystarczalność, ba, że się poniekąd kompromituje, dlatego musi ustąpić miejsca nowemu, kolejnemu językowi. W swoim przekładzie tę procesję języków – od języka bajki przez język gwary uczniowskiej, wiktoriańskich melodramatów i dysput filozoficznych po język dziennika intymnego – próbowałem oddać.

Jak pracował pan nad przekładem – porównując z poprzednim tłumaczeniem czy też nie? Jaki ma pan tryb pracy – nocny, dzienny, zmianowy?

Pracując nad przekładem Joyce’a, nie zaglądałem do poprzedniego spolszczenia, żeby się nie sugerować wyborami mojego poprzednika i nie czuć się przez nie skrępowanym. Mogłoby to się skończyć podkradaniem jego pomysłów, albo, co gorsze, tłumaczeniem na siłę innym, co chwila podkreślającym swoją odrębność. Powieść tę oczywiście czytałem w przekładzie dużo wcześniej, i to nie raz, miałem więc jej wyobrażenie gdzieś w tyle głowy. Do starego przekładu sięgnąłem dopiero po zakończeniu pracy.

Tryb pracy mam, niestety, bardzo niehigieniczny, bo nocny. Za dnia za dużo się na świecie dzieje, bym mógł spokojnie siedzieć nad przekładem i dłubać w zdaniach. Jestem na to zbyt niecierpliwy. Za dnia odkładam przekład i idę na rower, albo jadę do miasta, albo włączam telewizję, albo dzwonię do znajomych, albo przeglądam gazety – słowem, robię wszystko byle nie tłumaczyć. Za dnia. Dopiero mocno po zmroku, gdy świat wygasa i cichnie, mogę usiąść i tłumaczyć do oporu, dopóki nie zasnę przy biurku, o trzeciej czy czwartej nad ranem.

Jakie było największe wyzwanie przy tłumaczeniu Joyce’a?

Z pewnością największym wyzwaniem było oddanie w przekładzie tego zróżnicowania języków, o którym przed chwilą opowiedziałem. Taka stylizacja, która nie przerodzi się w karykaturę, a jednocześnie ujawni swoją konwencjonalność – spójna i wiarygodna. Także przekład realiów kulturowych i odniesień historycznych, których w tej powieści jest mrowie. No i to, że powieść Joyce’a jest po części rozprawą z angielszczyzną, a więc z językiem dla autora, irlandzkiego pisarza, obcym i swojskim zarazem. Jak tłumaczyć, by oddać w polszczyźnie tę ambiwalencję?

A najtrudniejszy orzech do zgryzienia w całej karierze tłumaczeniowej?

Przekład, nad którym właśnie pracuję. To też Joyce, tym razem jednak jest to tekst powstały przed napisaniem „Finneganów trenu”. I mający z tą ekscentryczną powieścią-niepowieścią wiele wspólnego. Pełen słów wymyślonych przez Joyce’a, takich, którymi szermował Humpty Dumpty z Alicji, lub wyszukanych w jakichś niszowych rejestrach angielszczyzny i dziesiątków innych języków. Ze składnią wyczyniającą niebywałe harce, w której czytelnik gubi się jak w labiryncie. Z postaciami, które zmieniają nieustannie tożsamość, przepoczwarzają się w ludzi i przedmioty. Takiego tekstu nie da się tłumaczyć ze słownikiem pod ręką, bo słownik niewiele tu pomoże. Tu trzeba pozbyć się skromności i nie odtwarzać, a tworzyć – obok Joyce’a, ramię (tłumacza) przy ramieniu (pisarza).

O przekładzie jakiej książki na polski można powiedzieć, że jest kongenialny z oryginałem?

Interesują mnie przekłady, które są kongenialne przede wszystkim z duchem języka polskiego, a dopiero później z oryginałem. A kongenialność ta zasadza się na takim operowaniu polszczyzną, by do cna wykorzystywać jej możliwości, często uśpione bądź ukryte, i robić w niej rzeczy, jakich nikt jeszcze nie robił. By ją nicować i prześwietlać pod wpływem tego twórczego impulsu, jakim jest obcość oryginału. A czytelnika wyobcowywać, dając mu odczuć, że język, którym mówi, do niego nie należy, bo jest czymś od niego większym, do końca nieoswojonym.

A jakie tłumaczenie jest skopane?

Takie, w którym tłumacz z polszczyzną sobie nie radzi. Gdy język jest kulawy, albo nudny i jednowymiarowy. Gdy pomysłem na wyzwanie, jakie rzuca tłumaczowi obcy tekst, jest okrojenie tego tekstu, by nie komplikował nam życia i dał się łatwo strawić. Skopane tłumaczenie to w moim mniemaniu także takie, w którym tłumacz widzi dla siebie szansę, swoje pięć minut, by się powymądrzać, by rzecz, ach!, jakże mądrze dopowiedzieć, obciążyć, ach!, jakże erudycyjnymi przypisami i zamiast zaufać tekstowi przejąć, natychmiast przejąć inicjatywę.

Czyją twórczość planuje pan wziąć na warsztat w przyszłości?

Będę tłumaczył nową poezję angielską. Poetów – i poetki – dotychczas w języku polskim nieznanych. To olbrzymi, intrygujący obszar literatury.

***

W siódmej odsłonie cyklu będziemy gościć Stanisława Kasprzysiaka, który opowie m.in. o nowym przekładzie „Geparda” Lampedusy i sytuacji młodych tłumaczy.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także