17 grudnia 2014

„Nie obchodzą mnie zarzuty”. Piotr Grzesik w „Świętach z tłumaczami”

W piątym odcinku cyklu naszym gościem jest Piotr Grzesik, pisarz i tłumacz, autor nowego przekładu klasyczne powieści Emily Brontë „Wichrowe wzgórza”.

header - 678x239 - Swieta z tlumaczami

„Według współczesnych wyobrażeń tłumacz powinien być »przezroczysty«, wręcz nie mieć własnej osobowości. Ja jednak nie robiłem tego tłumaczenia na niczyje zamówienie, jestem przede wszystkim pisarzem, autorem własnych utworów, więc oczywiste dla mnie było, że muszę »Wichrowe Wzgórza« pokazać własnymi słowami”. Grzesik opowiada Marcie Natalii Wróblewskiej między innymi o hipermęskich bydlakach, o tym, dlaczego pragnął przełożyć właśnie „Wichrowe wzgórza” i jak odczytuje powieść Emily Brontë.

Skąd pomysł na przetłumaczenie na nowo „Wichrowych Wzgórz”?

Hmmm… z głowy. To była niejako moja „misja” – od pierwszego zetknięcia się z tą powieścią, a raczej z opowieścią (gdyż najpierw poznałem oparty na książce serial) czułem, że powinienem, że muszę to zrobić. Zabrałem się za przekład, kiedy poczułem, że mogę zrobić to lepiej niż autorka pierwszego tłumaczenia. A lepiej to znaczy inaczej, w inny sposób, podkreślając te a nie inne elementy tekstu. W międzyczasie „objawiła” mi się właściwa, jak mniemam, metafizyczna interpretacja tej książki.

Czym pański przekład różni się od tych poprzednich – Sujkowskiej, czy mniej znanego – Pasierskiej? Nie zdecydował się Pan na zmianę tytułu, choć w tekście nazwy posiadłości zachowane są w oryginale – Wuthering Heights i Thrushcross Grange…

Przekładu Pasierskiej nie znam, przekład Janiny Sujkowskiej raził mnie swą staroświeckością a także pewną, rzec można: przesadną „grzecznością”. Sujkowska nie spróbowała nawet zmierzyć się z zawartą w książce stylizacją gwary, a właśnie jej użycie nadaje dodatkowy wymiar temu tekstowi – wprowadza mianowicie humor – bez tego elementu książka może być uważana za coś w rodzaju ponurego romansu z elementami grozy, z nim staje się wielowymiarowa.

Zmienianie tytułu, który jest już elementem dziedzictwa kulturowego jest bez sensu – „Fredzia Phi-Phi” Moniki Adamczyk-Garbowskiej jest na pewno bliższa sensowi oryginału niż „Kubuś Puchatek” Ireny Tuwim, nie ma jednak najmniejszej szansy na „zagnieżdżenie się” w zbiorowej świadomości. Wybrałem rozwiązanie pośrednie – tytuł został taki sam, a nazwy posiadłości zachowałem w oryginale (wyrażenie „Thrushcross Grange” wydaje mi się zresztą niemal nieprzetłumaczalne).

Czy ta powieść w ogóle wytrzymuje próbę czasu? Czytałam ją niedawno (co prawda w przekładzie Sujkowskiej) i wydała mi się egzaltowana, ckliwa i, niestety nie mogę znaleźć innego słowa, „babska”. Tym bardziej dziwi, że przekładu dokonał mężczyzna… W jednej z recenzji podkreślono, że nowy przekład pokazuje, iż jest to „także literatura męskiego kalibru”. Co pan na to?

Gdyby nie wytrzymywała, to bym jej nie tłumaczył. Proszę przeczytać mój przekład – mam nadzieję, że zmieni pani zdanie. Niewiele jest w literaturze równie hipermęskich „bydlaków” jak Heathcliff, zapewniam!

Bronte_WichroweJako tłumacz, i przez to najbliższy czytelnik, ale też współtwórca utworu dostrzegł pan w romansie Emily Brontë drugie, „mistyczne” dno – pisze pan o tym szczegółowo w posłowiu. Czy mógłby pan w skrócie przybliżyć ten metafizyczny wymiar powieści?

Współtwórca? Hm, zabawne, bo trochę tak się właśnie czułem, a według współczesnych wyobrażeń na ten temat, nie powinienem – tłumacz powinien być „przezroczysty”, wręcz nie mieć własnej osobowości. Ja jednak nie robiłem tego tłumaczenia na niczyje zamówienie, jestem przede wszystkim pisarzem, autorem własnych utworów, więc oczywiste dla mnie było, że muszę „Wichrowe Wzgórza” pokazać „własnymi słowami”.

Odczytuję tekst „Wichrowych Wzgórz” jako rodzaj skomplikowanego szyfru metafizycznego, który ukazuje relacje pomiędzy pierwiastkiem ludzkim i boskim w pewnym przełomowym momencie – w chwili, w której to, co „boskie” po nieokreślonym czasie (bez-czasie) panowania w świecie wycofuje się, oddając świat w ręce jego nowych panów – ludzi. Cały tekst „Wichrowych Wzgórz” można odczytać jako mit opowiadający o tym, w jaki sposób bogowie opuścili człowieka, jak to się stało, że został on na ziemi całkiem sam – zarazem bez ich zgubnego wpływu, ale też pozbawiony ich towarzystwa – nadającego mu inne, ponadczasowe spojrzenie na otaczającą go rzeczywistość.

W pewnym momencie dziejów, kiedy człowiek już dojrzał do tego, w świecie ludzkim pojawia się istota należąca do świata „boskiego” – tajemniczy, śniady chłopiec – Heathcliff. Jest to boskość pierwotna – jest on podobny do mściwych i krwiożerczych bóstw z początków ludzkości. Heathcliff kieruje się zasadami pochodzącymi jakby wprost ze Starego Testamentu.

Bóg-diabeł Heathcliff napotyka na swojej drodze dziewczynkę – wprawdzie córkę rasy ludzkiej, lecz do pewnego przynajmniej stopnia wykraczającą poza jej ograniczenia – to „dusza ludzkości”, Catherine Earnshaw – reprezentująca sobą to wszystko, co jest większego, przekraczającego, dążącego ku jakkolwiek rozumianym rejonom wyższym. Jak widać to z dalszego przebiegu akcji, i jak w pewnym momencie powie nam ona sama – Catherine jest w istocie tożsama z Heathcliffem – czyli „duszą świata” (bo jest on wcieleniem nieograniczonej „dzikości” Natury – pasji zarazem tworzenia i niszczenia – ot, takim Sziwą-Wisznu z angielskich wrzosowisk).

Świat „Wichrowych Wzgórz” jest światem w momencie oczekiwania na dziedzica – na nowego Gospodarza (podobnie jak w wagnerowskim „Pierścieniu Nibelunga”); stary wiek Bogów i Gigantów odchodzi nieodwołalnie, i teraz ktoś inny musi objąć ziemię w posiadanie…

Jakie było największe wyzwanie przy tłumaczeniu „Wichrowych wzgórz”?

Gwara, zdecydowanie – starałem się nie kopiować żadnej istniejącej gwary; używający jej służący Joseph nie dość, że mówi gwarą, to jeszcze sepleni i nie ma zębów – starałem się oddać te właściwości jego języka. Niewątpliwie fragmenty gwarowe zajęły mi najwięcej czasu.

Jak pracował pan nad przekładem – porównując z poprzednimi tłumaczeniami, sięgając po liczne adaptacje filmowe, czytając opracowania?

Opracowań nie czytałem, adaptacje filmowe (poza serialem BBC z 1978 roku) są beznadziejne i nijak się mają do powieści; do przekładu Sujkowskiej oczywiście zerkałem w razie wątpliwości, ale przede wszystkim korzystałem z przekładów na francuski i hiszpański.

Czy trudno było znaleźć wydawcę dla nowego tłumaczenia?

Tak, bardzo – albo nie odpowiadali albo zbywali mnie stwierdzeniem, że książka była już tłumaczona i nie ma sensu wydawać nowego przekładu. Pierwsze wydanie mojego tłumaczenia to dzieło mojego uporu i dobrej woli małego krakowskiego wydawnictwa amorpha. Wydanie drugie – w dużej warszawskiej firmie wydawniczej MG to z kolei trochę przypadek a trochę „kumoterstwo” – mój kolega Eryk Ostrowski napisał książkę „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”, wydawcą była właśnie oficyna MG, która ma ambicje wydać dzieła wszystkie sióstr wszystkich, a nawet i brata. No i kolega tak długo namawiał szefową wydawnictwa na ten mój przekład, aż w końcu uległa.

Jak odnosi się pan do krytycznych reakcji na przekład pańskiego autorstwa? Niektóre czytelniczki zarzucają panu, że tłumaczenie jest zbyt dosłowne, brak mu poetyckości i staroświeckiego wdzięku wersji Sujkowskiej.

Nie obchodzą mnie zarzuty dotyczące czegoś, co zostało już zrobione i wydrukowane, nie płaczę z tego powodu, że ktoś na jakimś blożku napisał, że mu się nie podoba – każdy może mieć swoje zdanie. „Poetyckości” w moim przekładzie raczej nie brakuje, tylko po prostu nie jest „asnykowska”. A „staroświecki wdzięk” – cóż… ja go nie lubię. Jeśli ktoś lubi, niech czyta Sujkowską.

„Wichrowe Wzgórza” to pański pierwszy opublikowany przekład. Ambitny początek. Czy zamierza pan dalej tłumaczyć, a jeśli tak, to jaki tekst chciałby pan wziąć na warsztat?

Jak już powiedziałem, ponowne przetłumaczenie „Wichrowych Wzgórz” to była moja „misja”. Nie ma drugiej książki, do której miałbym taki stosunek. Kilka innych tekstów, które są dla mnie bardzo ważne, a które poznawałem najpierw w przekładach – np. „Fale” Wirginii Woolf – zostały przetłumaczone bardzo niedawno i bardzo dobrze, nie potrafiłbym zrobić tego lepiej. Na przetłumaczenie całego Prousta pewnie musiałbym życie poświęcić, a mam tylko jedno i to już niecałkiem długie.

Jest jeden angielski autor, dotychczas na polski nie tłumaczony, a w Anglii uważany za ważnego – regionalista, „mistyk natury”, niewątpliwy prekursor New Age – Richard Jefferies. Chciałbym go polskim czytelnikom pokazać. Jak dotąd nie udało mi się nim jednak zainteresować żadnego wydawnictwa, a nikt o nim raczej książki, która by mi „utorowała drogę”, nie napisze, już choćby dlatego, że prawie nikt u nas o nim nie słyszał.

Jaka jest Pańska ulubiona książka do czytania w polskim przekładzie? A jaką lubi Pan wyłącznie w oryginale?

„Fale” Virginii Woolf w przekładzie Lecha Czyżewskiego, a w oryginale „Gedichte” („Wiersze”) Georga Trakla.

***

W szóstej odsłonie cyklu będziemy gościć Jerzego Jarniewicza, który opowie m.in. o zmaganiach z Joyce’em i teorii tłumaczenia.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także