19 listopada 2014

„Tłumaczy się, co jest”. Wojciech Charchalis w „Świętach z tłumaczami”

W pierwszym odcinku cyklu „Święta z tłumaczami” spotykamy się z Wojciechem Charchalisem, tłumaczem odpowiedzialnym za największe wydarzenie literackie listopada – nowy przekład „Don Kichota”.

header - 678x239 - Swieta z tlumaczami kopia

„Jest rzeczywiście takie zadęcie tłumaczy literatury czy może wokół tłumaczy literatury, że jak ktoś tłumaczy literaturę, to obcuje z muzami. OK, może i tam obcuje, ale swoje kilka-kilkanaście stron dziennie musi machnąć, bo jak nie, to nie zdąży z zamówieniem na czas, nie będzie pieniędzy, a potem umkną kolejne zlecenia itd. Tłumaczy się, co jest. Czasem »Don Kichota«, czasem akt zgonu”. Charchalis opowiada Marcie Natalii Wróblewskiej o najlepszych przekładach Cervantesa, liftingu arcypowieści, o tym, dlaczego tłumacz zawsze jest zły, a także o przyziemnej stronie swojego zawodu.

Dopiero co odbyła się prezentacja nowego przekładu „Don Kichota”, pańskiego autorstwa. O tym, że pan pracuje nad tłumaczeniem pierwszy raz przeczytałam w 2009r. w Newsweeku. Poświęcił pan dziełu Cervantesa pięć lat. Było warto?

Z cała pewnością było warto. „Don Kichot” to fantastyczna książka. Niemniej muszę od razu sprostować – mianowicie książkę zacząłem tłumaczyć w lutym 2008 roku, ale nie siedziałem nad nią plackiem przez cały czas. Choćby i dlatego, że umarłbym z głodu w tym czasie. Tłumaczenie klasyków nie jest działalnością jakoś szczególnie intratną, a jeść trzeba. Niemniej nie zmienia to faktu, że ślęczałem nad tą powieścią bardzo wiele godzin.

A czy warto? A co w ogóle warto w życiu robić?

„Don Kichot” był na polski tłumaczony wielokrotnie. Zapewne zapoznał się pan z poprzednimi przekładami. Jakie są ich wady i zalety?

Piszę o tym we wstępie krytycznym do powieści. Przekładów całości tekstu było cztery, dwa pierwsze z języka francuskiego (jeden z końca XVIII w., a drugi z połowy XIX w.) i dwa z hiszpańskiego. Edward Boyé wydał swoje tłumaczenie jeszcze przed wojną w 1937 – 38 r., a następnie zostało ono wydane po wojnie w wersji poprawionej w 1952 r. Natomiast małżeństwo państwa Czernych wydało swój przekład – ten, który w tej chwili jest najbardziej popularny – w 1955 r. Według mnie najlepszy jest przekład pani Ciesielskiej-Borkowskiej z 1947 r., ale niestety przetłumaczone zostały jedynie fragmenty, a szkoda, bo to naprawdę świetny tekst.

Jak widać zatem, przekłady te są już wiekowe i o ile mogą zachwycać dawniejszą polszczyzną, to niestety ich lektura w dzisiejszych czasach potrafi być bolesna, a przede wszystkim nudnawa. A gdy porównujemy te teksty z oryginałem, okazuje się, że pozostawiają one wiele do życzenia. Sądzę, więc, że nowy przekład tej arcypowieści był absolutnie konieczny, to taki trochę lifting, odświeżenie „Don Kichota”.

header - 678x239 - Charchalis

A czym pański przekład różni się od poprzednich?

Cervantes pisał swoje dzieło dla zabawy. Kiedy zasiadł do jego pisania – a prawdopodobnie miało to miejsce w sewilskim więzieniu – ewidentnie pisał historyjkę zabawną. Był człowiekiem bez wykształcenia, ale za to wielkim czytelnikiem, miłośnikiem literatury, miał aspiracje, aby zostać wielkim poetą. Jako jedyny z wielkich pisarzy hiszpańskiego Złotego Wieku nie ukończył uniwersytetu. Chciał być pisarzem, ale mu się to nie udawało. Tworzył słabą poezję, dramaty, z których tylko niektóre trafiły na deski sceny. I spowodowane tą sytuacją kompleksy, które zresztą możemy wychwycić w jego dziełach, sprawiają, że Cervantes jest ultrakonserwatystą w literaturze. W całym jego pisarstwie widać, że czuje na plecach oddech Arystotelesa. Dopiero kiedy w 1604 roku, mając lat 57, a zatem będąc już człowiekiem w podeszłym wieku jak na swoją epokę i absolutnie nikim w literaturze hiszpańskiej tamtego okresu, zabiera się za „Don Kichota”, przestaje się martwić o klasyczne normy pisarstwa. Mówi zresztą o tym w Prologu do powieści. Skoro starożytni nic nie słyszeli o powieściach, nie ma żadnych norm, można te normy tworzyć i je łamać. Co też Cervantes czyni, tworząc księgę wolności – nie tylko na poziomie znaczeniowym tekstu, ale przede wszystkim formalnym. I tu dochodzimy do sedna sprawy, jedną z najważniejszych nowatorskich cech tej powieści jest jej polifoniczność, to znaczy różni ludzie mówią różnym językiem w zależności od swojego pochodzenia czy humoru. Jest to wielkie osiągnięcie Cervantesa, bo nikt tego wcześniej nie robił. Czy widać to w poprzednich tłumaczeniach na język polski? Nie bardzo. Poza tym ta książka miała przede wszystkim bawić, m.in. takim humorem ścichapęk, nawet w wypowiedziach narratora – co też nierzadko umyka w przekładach. A ponadto powieść ta była pisana językiem pospolitym, zwyczajnym, takim, jakim mówiono w początkach XVII w., a nie pompatyczną archaizacją – choć chwile archaizowanego języka też się pojawiają, kiedy rycerz don Kichot uważał siebie za błędnego rycerza. Pracowałem, zatem mając to wszystko na względzie – czy się udało? Mam nadzieję, że tak.

Jakie było największe wyzwanie przy tłumaczeniu „Don Kichota”?

Każda książka jest wyzwaniem. Tutaj największym wyzwaniem było chyba strząśnięcie z siebie szacunku do wiekowego dzieła, wstanie z kolan, podejście do tej książki jak do każdej innej. Wiadomo, że publikowanie przekładu książki już wcześniej tłumaczonej niesie ze sobą ryzyko, że krytycy będą się nad nim pastwić, a to nigdy nie jest miłe. A w Polsce nie ma takiego ryzyka, nasz charakter narodowy sprawia, że możemy mieć całkowitą pewność. Poza tym to taka książka, że nie sposób ukryć jej przed krytykami. A zatem praca psychologiczna. A do tego trzeba było wymyślić całą strategię tłumaczenia, co swoją drogą niosło ze sobą potrzebę nabycia całej biblioteki słowników i opracowań krytycznych, aby to wspomniane powyżej podejście do „Don Kichota” jak do zwykłej książki można było solidnie uzasadnić i udokumentować na każdym polu. Ta powieść to cały świat, świat, którego zresztą już nie ma, dlatego trzeba było sporo czytać, żeby przekład nie powstawał w próżni. No i wiele dyskutować i konsultować. Tłumaczenie, mimo pozornej samotności pracy, jest działalnością polegającą na dialogu, wymianie opinii i poszukiwaniu wyborów – w tym przypadku bardziej jeszcze niż we wszystkich innych książkach, które tłumaczyłem.

Cervantes_Don_Kichot_Zna pan zapewne opowiadanie Borgesa „Pierre Menard, autor Don Kichota”, którego bohater pragnie „napisać na nowo” dzieło Cervantesa. Czuł się pan trochę jak Pierre Menard, pracując nad swoim tekstem, który przecież zostanie podpisany nazwiskiem Cervantesa?

Każde tłumaczenie jest interpretacją, a porównując swój tekst z innymi przekładami na język polski i na inne języki, którymi posiłkowałem się podczas pracy, muszę stwierdzić, że w tym przypadku bardziej jeszcze niż przy innych książkach. Borges pisząc to opowiadanie miał na myśli konkretną ideę filozoficzną, ale utrafił przy tym w samo sedno. Ten mój „Don Kichot”, rzeczywiście jest bardzo mój.

Literatura hiszpańskojęzyczna ma w Polsce pozycję wyjątkową – mieliśmy wielu wybitnych tłumaczy, choćby znaną wszystkim Zofię Chądzyńską, prężnie działa Instytut Cervantesa, który przyznaje także nagrody tłumaczom, wydawnictwo Muza ma świetną serię iberoamerykańską. Jak to wpływa na sytuację tłumacza?

Jest praca, to świetnie. Ale muszę przyznać, że teraz już kolejne pokolenie tłumaczy pracuje na, skądinąd, zasłużoną pozycję literatur hiszpańskojęzycznych w Polsce. W latach 30-tych ubiegłego wieku Edward Boyé utyskiwał na kłopoty, jakie ma tłumacz, chcący przekonać wydawców do systematycznego publikowania dzieł literatury hiszpańskiej. W tej kwestii niewiele się zmieniło, może poza tym, że Hiszpanie wyspecjalizowali się w tworzeniu powieści historycznych i thrillerów literatury popularnej, co zapewnia im obecnie trwałą obecność na globalnym rynku wydawniczym, a co za tym idzie również w Polsce. Ponadto tłumacz, jako miłośnik literatury, jest także krytykiem, recenzentem i agentem tej literatury – pisało o tym parę osób w Polsce, a Tomasz Pindel zrobił nawet na ten temat małe badanie, którego wyniki zostały opublikowane. Przy tym zalewie literatury popularnej pojawiają się też i klasycy, przemycani gdzieś bokiem, jak ten „Don Kichot”, czy np. siedemnastowieczny poemat „Araukana” w znakomitym przekładzie pana Czesława Ratki. Dzieje się, to bardzo dobrze.

O przekładzie jakiej książki na polski można powiedzieć, że jest kongenialny z oryginałem?

To takie pytanie, na które nie lubię odpowiadać. Niepisana zasada jest taka, że tłumacz zawsze jest zły, bo jak coś w tekście nie gra, to winny jest tłumacz. A zdarza się przecież i tak, że oryginał jest słabszy od przekładu, np. William Wharton zawdzięcza swoją popularność w Polsce wyłącznie temu, że trafił na znakomitych tłumaczy. Podobno też Gabriel García Márquez stylistycznie po hiszpańsku nie jest tak dobry jak w przekładach Carlosa Marrodana – brzmi to niesamowicie, ale takie opinie słyszałem od osób absolutnie dwujęzycznych, wyczulonych na styl po polsku i hiszpańsku.

Druga zasada jest taka, że nie ma tekstu, którego nie można poprawić. Wszystko można, a czasem trzeba poprawić.

Trzecia zasada brzmi: przekłady się starzeją, więc co jakiś czas trzeba je robić na nowo.

Czwarta zasada: Beckett kiedyś powiedział, że tworzyć literaturę, to przegrywać, więc należy starać się przegrywać lepiej. Z przekładami jest tak samo. Do tego przekład to rzemiosło, cóż genialnego może być w rzemiośle? Chyba tylko solidne i skrupulatne wykonanie zamierzonej pracy. Ot, i tyle na temat geniuszu. Genialny to był Cervantes, chociaż o tym nie wiedział.

A jakie tłumaczenie jest, pańskim zdaniem, skopane?

Tłumaczenie skopane to takie, którego nikt nie chce czytać, bo źle się czyta, bo polszczyzna jest kulawa i są w nim błędy językowe. Takich tekstów jest na rynku całe mnóstwo – chociaż trzeba powiedzieć, że moim zdaniem ogólnie jakość przekładów coraz bardziej rośnie. Jeśli liczy Pani na to, że podam tytuły tych znakomitych tłumaczeń i tych złych, to się Pani nie doczeka. Czytelnik ocenia sam czy literatura jest dobra, czy zła, czy przekład się czyta, czy nie. No dobrze, przekonała mnie Pani, ale o złych nie będę mówił, powiem o dobrych. Według mnie wielkie szczęście do tłumaczy w naszym kraju miał Javier Marías, prawdopodobnie najlepszy w tej chwili żyjący pisarz hiszpańskojęzyczny, moim zdaniem murowany kandydat do Nagrody Nobla, bardzo popularny w Niemczech, a i u nas podziwiany przez coraz większą rzesze czytelników. Tłumaczyli go Ewa Zaleska, Carlos Marrodan, Tomasz Pindel no i mnie się też przytrafiło. Pani Zaleska dostała nawet nagrody Instytutu Cervantesa i Literatury na Świecie za najlepsze przekłady roku, właśnie za tłumaczenia Mariasa. Jeśli dodamy jeszcze do tego, że teksty były redagowane przez dobrych redaktorów, mamy ideał solidnie przetłumaczonych książek. Polecam, to na pewno są znakomite przekłady. A czy one są kongenialne? Mój ty Boże!

Jaki tekst najbardziej chciałby pan wziąć na warsztat w przyszłości?

Dobry. To znaczy taki, przy którym nie będę musiał się męczyć i hamletyzować. Bo nawet robiąc coś dla pieniędzy, dobrze jest mieć satysfakcję z tej pracy. Któryś z tłumaczy niedawno w jakimś wywiadzie nawoływał, żeby tłumacze nie stronili od szmiry, bo to też rozwija. Z cała pewnością, ale dobrze by było tłumaczyć tej szmiry mniej niż więcej. Znowu chce Pani tytuły? A co można przetłumaczyć po „Don Kichocie”? Może antologię poezji iberyjskiej? Może czas zrobić wreszcie antologię dramatu Złotego Wieku? Chociaż najbardziej nęcący jest „Orland szalony”, który na polski w całości nie został nigdy przetłumaczony, a to przecież jeden z fundamentów współczesnej literatury.

Przygotowując kwestionariusz, trafiłam w internecie na informację, że jest pan również tłumaczem przysięgłym języka portugalskiego. Dotąd miałam wrażenie, że światy tłumaczy literackich i tych zajmujących się tłumaczeniami bardziej przyziemnymi raczej się nie pokrywają.

Jest rzeczywiście takie zadęcie tłumaczy literatury czy może wokół tłumaczy literatury, że jak ktoś tłumaczy literaturę, to obcuje z muzami. OK, może i tam obcuje, ale swoje kilka-kilkanaście stron dziennie musi machnąć, bo jak nie, to nie zdąży z zamówieniem na czas, nie będzie pieniędzy, a potem umkną kolejne zlecenia itd. Tłumaczenie to praca jak każda inna. Tłumaczenie dla zabawy to sport dla ludzi zamożnych, a tłumacz, a już na pewno tłumacz literatury, do takich nie należy. Tłumaczy się, co jest. Czasem „Don Kichota”, czasem akt zgonu, czasem instrukcję obsługi pieca muflowego do lutowania twardego, a najczęściej bestsellery – tak jest w moim przypadku. W przypadku innych ludzi proporcje mogą wyglądać inaczej. Jeśli jednak człowiek decyduje się na to, że będzie żył z tłumaczenia, raczej nie powinien grymasić przy zdobywaniu zleceń. No chyba, że tłumaczenie jest w jego przypadku działalnością uboczną, wtedy, rzeczywiście może oddawać się baraszkowaniu z muzami, i latami cyzelować ten sam sonet po godzinach. Kwestia wyboru, jak wszystko w tłumaczeniu.

***

W drugiej odsłonie cyklu (w przyszłą środę) naszym gościem będzie Magdalena Heydel, która opowie m.in. o swojej pracy nad „Jądrem ciemności” Josepha Conrada i o tym, po co na nowo tłumaczyć klasykę.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także