11 września 2012

Dama z leniwcem

„Zoo City” Lauren Beukes uhonorowano prestiżową nagrodą imienia Arthura C. Clarke’a. Pisarka z RPA znalazła się tym samym w gronie takich autorów, jak Margaret Atwood, Amitav Gosh, a także wybitni przedstawiciele cyberpunku: Bruce Sterling i Neal Stephenson.

 

Jaki koń jest, każdy widzi, jaki jest człowiek – nie zawsze. Dlatego dobrze przybrać osobnika w strój konia, wilka albo lisa. Wiedzieli o tym już od dawna twórcy bajek, wiedzą i dzisiejsi pisarze. My, dumni potomkowie zachodniej cywilizacji z mlekiem matki wyssaliśmy protekcjonalny stosunek do mieszkańców świata fauny. Już z Biblii dowiadujemy się, że dane nam panować nad królestwem czworonogów. Przyrównując człowieka do zwierzęcia, zwykle nie kierujemy się dobrymi intencjami. Wie o tym każdy, kto choć raz upił się jak świnia, czy zbaraniał. Niedobrze jest być zwierzęciem, bo traci się prawo do ludzkiego traktowania. Zupełnie inną filozofią kierowały się kultury totemiczne. Zwierzęta otaczano czcią, bowiem to one opiekowały się człowiekiem, a nie na odwrót. Obie, wydawałoby się sprzeczne, koncepcje połączyła w jedność Lauren Beukes, pisarka z RPA, która za ten szalony pomysł została uhonorowana nagrodą Clarke’a.

 

Zwierzę jako nieodłączny towarzysz człowieka, emanacja jego duszy – pomysł genialny acz zapożyczony od Philipa Pullmana i jego „Mrocznych Materii”, znanych również pod tytułem „Złoty Kompas”. Beukes udało się sprytnie ten pomysł przetworzyć. W „Zoo City” mało kto jest zadowolony ze swojego zwierzaka. To rodzaj stygmatu, kary za popełnione grzechy. Głównej bohaterce, Zinzi December, w udziale przypadł Leniwiec. Damie z leniwcem daleko do eterycznej „Damy z gronostajem”. To bohaterka rodem z „Kill Billa” – twarda, niezależna, cyniczna. Zarabia na życie odnajdywaniem zagubionych rzeczy. To jej shavi – magiczny talent, który otrzymała w pakiecie z leniwcem. Kiedy jedna z jej klientek ginie, Zinzi wplątuje się w sam środek mrocznej afery kryminalnej. Tak rozpoczyna się magiczny spacer po ciemnych zaułkach Johannesburga. Tytułowe Zoo City to w końcu fikcyjna nazwa dzielnicy Hilbrow.

 

„Zoo City” jest miejską fantazją, przez którą przewijają się tabuny gangsterów w białych garniturach, zblazowanych hipsterów i egzotycznych zwierząt. Wartka fabuła porywa czytelnika od pierwszych stron powieści, a napięcie nie słabnie aż do krwawego finału. Beukes nie chciała jednak zamykać się w ciasnych ramach thrillera fantasy. „Zoo City” to również historia dyskryminacji, konfliktów w południowej Afryce, oszustw internetowych, zbrodni i kary… Bohaterowie, których los obdarował zwierzakiem, nazywani są zoolusami, co w ironiczny sposób nawiązuje do faktycznych mieszkańców Hilbrow. Zoolusi nie są mile widziani w eleganckich klubach, nie mają szans na porządną pracę, nie mogą wynająć mieszkania w przyzwoitej dzielnicy.

 

Wydaje się, że powieść Beukes padła ofiarą nadmiaru. Istotne kwestie giną w morzu blichtru i efektownych chwytów. Nawet opisy dzielnic Johannesburga, miejscami wydają się nieco zbyt schematyczne i jakby wyciągnięte prosto z przewodnika. Oprócz bogactwa tematów, książka kipi od mnogości form. Recenzja, mail, artykuł naukowy – a wszystko polane nie zawsze zjadliwym dziennikarskim sosem.

 

Nie mogę jednak dla „Zoo City” być zbyt surowa. Lektura tej książki sprawiła mi dużo przyjemności. Niestety, pozostawiła jednocześnie zbyt wiele niedosytu. To, co na pewno udało się autorce, to rekonstrukcja mechanizmów rządzących światem mody, który z biednych dzielnic, przez quasi-undergroundowe kluby, trafia prosto do bogatych zblazowanych mieszkańców wielkich metropolii.

Książki, o których pisał autor