1 marca 2018

Historie, które umknęły młodości – „Mikrotyki” recenzja

Zacznijmy od sposobu czytania tej książki. Trzeba zamyśleć się i odszukać w pamięci miejsca i ludzi z przeszłości. Przeróżnej. I takiej, która przeobraziła się w cienie z czasów „Złego” Tyrmanda, i takiej, w której wciąż prześwituje realność czasów millenium. Możecie pomyśleć, czy w waszej okolicy stoi jeszcze stary dom, którego baliście się jako dzieci, czy osiedlowe lub szkolne boisko wciąż broni się przed deweloperami, czy da się jeszcze wsiąść do starego tramwaju, pojechać na pętlę, odnaleźć kuflotekę, w której byliście niby młodzi bogowie. Możecie wziąć piwo lub dwa, paczkę papierosów. Możecie wziąć butelkę wódki, możecie użyć czegoś spoza oficjalnego obiegu towarowego, ale wtedy grozi wam, że zrobicie coś głupiego, jak niegdyś, jak wtedy, i zamienicie się w zdanie, akapit, rozdział tej książki.

„Mikrotyki” Pawła Sołtysa, znanego także jako muzyk i wokalista Pablopavo, opowiadają o ludziach ze stołecznego Grochowa. Znajdziecie na kartach tej książki prawosławnego chłopca bitego przez ojca pasem; starej daty inteligenta, który w tramwaju obronie damy „pierdolnął” w łeb łobuza kilogramowym Iwaszkiewiczem; chorą psychicznie kobietę w pustym mieszkaniu; znajdziecie papierosy, których dawno nie ma już w kioskach, ale jeśli mocno zamkniecie oczy, znów wypełnią wam płuca wszystkimi nikotynowymi złudzeniami. Znajdziecie w tej książce to wszystko, co niegdyś wydawało się trwałą materią życia, o co można się było zaczepić, za czym się goniło, czego pragnęło, przy czym tęskniło, żałowało i cierpiało. Ale to wszystko już wylądowało gdzieś w lamusie, albo na śmietniku, jak stara wersalka, która wysłużyła się w czasie dobrej i złej bezsenności. I nie macie już dwudziestu lat, wasi dziadkowie nie mają już dwudziestu lat. I dziś musicie liczyć na poetów, pisarzy i muzyków, którzy wam to wszystko przypomną, jeśli zdecydujecie się na chwilę odwrócić wzrok od smartfona.

Jest jesienny chłodny i wilgotny poranek. Nad świeżo zaoranym polem unoszą się mgliste dymy. Powoli idą w górę, a wtedy widać nisko schylonych ludzi i kształt Zetora. Ich już tam nie ma, na tym polu, dziś nie podnoszą się z łóżek, poumierali. Znam ten obraz z dzieciństwa, sprzed trzydziestu lat. Książka Sołtysa jest tą ziemią, i tą mgłą. Dobre książki to przecież nie tylko treść, to ciepło, które oddają, barwy, zapach, wrażenia. Nie znam Grochowa sprzed paru dekad, nie znam Warszawy z opowieści bliskich, nie współdzielę snów z tych okolic. Ale wiem, co to są widmowe miejsca, wiem już, że są tacy ludzie, których można tylko opowiadać, choć długo, długo, byli, ale już do nas nie podejdą, nie uścisną ręki. Jak tych dwóch starych mężczyzn: jeden długo chorował na kręgosłup, wreszcie cicho umarł. A jego szwagier, choć dawno nie powinien pić, po stypie poszedł jeszcze po wódkę. Żona siedziała u wdowy, i sama stawała się wdową, bo jej mąż nie dopił, przewrócił się, skonał.

I tak się łączą odległe opowieści i sprawy. Rzućcie w cholerę smartfony, przeczytajcie „Mikrotyki”, pomyślcie o swoim miastach, miasteczkach, przetraconych miejscach. To już nasza kolej, żeby przypominać sobie historie, które na dobre umknęły młodości.

Krzysztof Wołodźko

Egzemplarz recenzencki dzięki uprzejmości portalu Woblink.com

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także