7 września 2012

Chuck Palahniuk – wywiad

„Nie żartuję z niczego. Naprawdę chciałbym wymyślić historię, która pocieszyłaby ludzi w obliczu śmierci” – mówi Chuck Palahniuk. „Mogę napisać o wszystkim. Nawet, jeśli to mnie zawstydza, czy raczej: zwłaszcza, jeśli mnie to zawstydza. Nie chcę czuć się tak, jakbym zmarnował życie, poruszając bezpieczne, mdłe tematy” – dodaje. Autor „Fight Clubu” opowiada między innymi o swoich inspiracjach, o rodzicach, o tym, że chciałby zostać klasykiem, a także o orwellowskim świecie, w którym żyjemy.

 

„Fight Club” ukazał się w 1996 roku. Trzy lata później David Fincher nakręcił świetną ekranizację z Pittem i Nortonem. Jak zmieniło się Twoje życie od tego momentu?

 

Sukces „Fight Clubu” był bardzo powolny. Ani książka, ani film nie znalazł publiczności od razu. Aż do momentu, gdy film został pokazany w telewizji w roku 2002 lub 2003 niewiele się działo. To stopniowe uznawanie sprawiło, że moje życie pozostało bardzo spokojne. Nie zarobiłem od razu mnóstwa pieniędzy, nie zyskałem władzy, która mogłaby mnie zepsuć. Wciąż piszę, bo uwielbiam odkrywać historie.

 

Jesteś zadowolony z filmu Finchera?

 

Z każdym rokiem coraz bardziej. Myślę, że wciąż nie doceniłem należycie mistrzostwa, które włożył w ten film; nie wspominając o tym, ile z tych obrazów, tych dziwacznie komiksowych aktów terroryzmu i anarchii, nie dałoby się sprzedać dziś w żadnym filmie. David nakręcił ostatni taki film

 

Irytują Ciebie pytania o „Fight Club”? Nie unikniesz ich już chyba nigdy, sam od tej powieści zacząłem wywiad.

 

Myślałem, że mamy tutaj sprzedawać moją ostatnią książkę, „Kołysankę”. Właśnie ją kręcą. Wielu czytelników ceni „Kołysankę” wyżej od „Fight Clubu”.

 

 

Nie, ostatnio w Polsce ukazał się „Rant”, na „Kołysankę” musimy jeszcze chwilę poczekać. Ale skoro już przeszedłem do „Ranta” – napisałeś tę książkę jedenaście lat po „Fight Clubie”, który był bezlitosną diagnozą współczesności. Wydaje mi się, że „Fight Club” jest nadal bardzo aktualny, jest pewnie jedną z najważniejszych książek, które powstały w końcu XX wieku. Czy, gdybyś dziś miał debiutować, wizja z „Fight Clubu” byłaby wyraźnie odmienna?

 

W aktualnym klimacie politycznym wątpię, czy jakikolwiek wydawca chciałby kupić „Fight Club”. Polityczna poprawność rządzi nami w takim stopniu, że żadne studio nie wyprodukowałoby dziś takiego filmu. Jeśli następny amerykański prezydent będzie konserwatystą, zaowocuje to nowym wybuchem transgresyjnych filmów i książek. Nic skuteczniej nie tłumi wszelkich sprośnych, zadziornych opowieści niż liberalny rząd u władzy. Potrzebujemy surowego ojca, przeciw któremu można się buntować.

 

Z perspektywy europejskiego czytelnika, który najpierw poznał Michela Houellebecqua i Wiktora Pielewina, Twoje książki kojarzą mi się właśnie z tymi pisarzami – pierwszy stawia opisuje współczesność podobnie do Ciebie, choć ma mniej poczucia humoru i jest nieco mniej przerażający. Drugi świetnie łączy popkulturę z literacką tradycją, jest – myślę – wybitnym postmodernistą. Kto, ze współczesnych pisarzy, wpłynął na Ciebie? Miałeś jakieś wzory?

 

 

Zacząłem pisać, gdy miałem 33 lata. Czytałem pisarzy, których kochałem. Należą do nich Irvine Welsh („Trainspotting”, „Marabou Stork Nightmares”), Junot Diaz (“Topiel”), Houellebecq. Czytałem też wszystko, co mogłem znaleźć, pióra Joy Williams, Amy Hempel, Marka Richarda, Thoma Jonesa i Denisa Johnsona. Poza tym bardzo ceniłem też Breta Eastona Ellisa i Tamę Janowitz.

 

Pewnie wśród Twoich inspiracji filozoficznych trzeba by wymienić Nietzschego i Derridę, ale w „Rancie” uderzyło mnie zdanie, które brzmi jak z Baudrillarda: „Żyjemy w świecie, w którym nic nie jest prawdziwe”. Co według Ciebie ma wartość, a co powinno ją mieć?

 

Im jestem starszy, tym bardziej cenię rzeczy, które zadziwiają mnie i inspirują. Uwielbiam zaskoczenie. Pięknie wykonane historie, które pokazują nowe sposoby opowiadania, są tym, na co poluję i cenię najwyżej. Bardzo zabawne historie, które stają się tragediami, są zaś tym, co otrzymuję od ludzi, których spotykam. To moje prawdziwe skarby.

 

Czy doszliśmy już do momentu, o którym piszesz w „Rancie”, tzn. do chwili, w której można dowolnie kształtować rzeczywistość?

 

Nie, ale doszliśmy już do punktu z “Roku 1984” Orwella, w którym możemy kształtować ogólne postrzeganie rzeczywistości przez społeczeństwo.

 

 

Powielanie w nieskończoność, gospodarowanie czasem, kult przemocy i pieniądza, władza korporacji, reklama, która determinuje potrzeby i dyktuje pragnienia większości. Czy zapomniałem o jakimś fetyszu współczesności, który pojawia się w Twoich książkach?

 

Zapomniałeś o miłości. Wszystkie moje książki opowiadają o ludziach, którzy odkrywają miłość i wiążą się z przyjaciółmi albo kochankami. Reszta to tylko dekoracje i kostiumy.

 

Inspirację czerpiesz ze wszystkiego, głównie z popkultury, ale i postmodernistycznej filozofii. Czy pomysł z „party crashingiem” pojawił się w związku z grami komputerowymi? Mnie się on kojarzy z „Destruction Derby” i – w mniejszym stopniu – z „Carmageddonem”.

 

Nigdy nie oglądam się za inspiracjami w popkulturze. Kiedy moje książki zostaną już napisane i opublikowane, kultura zajmie się nowymi trendami. Ryzykowałbym nieaktualność moich książek. Zamiast tego zawsze piszę o swoich najgorszych obawach. Na przykład „Rant” wyrósł z mojego strachu wobec jazdy samochodem i wypadków samochodowych. Uczestniczyłem w kilku poważnych wypadkach. Pisanie o nich jako o grze pozwaliło mi pozbyć się strachu i poczuć się tak, jakbym kontrolował rzeczy, które mnie przerażają.

 

Bohaterowie „Pigmeja” i „Potępionych” to dzieci. Szczególnie „Pigmej” nie przypomina bajek Disneya.

 

Na początku „Pigmeja” narrator gwałci analnie osiłka w publicznej toalecie. To nie brzmi raczej jak bajka dla dzieci. Jest tam mnóstwo bólu i krwi. Chciałem pisać w taki sposób, żeby styl wchodził w konflikt z opisywanymi wydarzeniami, stąd dziecko-narrator dopuszcza się strasznych czynów.

 

W „Rancie” pojawia się charakterystyczny dla Twojej prozy obraz konsumpcyjnej kultury. Co sądzisz o współczesnej Ameryce? Jest w niej coś, co Ci się podoba?

 

Lubię psy. Lubię nowoczesny slang; naprawdę, uwielbiam to, że język zawsze się zmienia. Lubię też ciasta. I Vicodin (środek przeciwbólowy – przyp. K.C.). Ale dziś już rzadko spożywam jedno i drugie.

 

Ostatnio wyraźnie obecne są w Twoich książkach pytania o to, co po śmierci. Ubierasz je, co prawda, w klisze popkulturowe, ośmieszasz, ale zastanawiam się, jak to widzisz?

 

Największym wyzwaniem, jakie pisarz może podjąć, jest pisanie o naturze istnienia. Ja nie żartuję z niczego; naprawdę chciałbym wymyślić historię, która pocieszyłaby ludzi w obliczu śmierci. Od kiedy tak bardzo oddaliliśmy się od starożytnej religii, potrzebujemy pisarzy i artystów, którzy mogliby opowiedzieć nam nowe historie, niosące pocieszenie podczas tragedii. Chcę zobaczyć fikcyjne postaci poddane ciężkim próbom, które ja – wiem o tym – będę musiał kiedyś przeżyć.

 

„Czy chwilami żałujesz, że się urodziłeś?” – to pytanie poprzedza Twoją powieść. Jak sam odpowiedziałbyś na nie?

 

Żałuję tylko, że moje życie mogło ograniczyć możliwości moich rodziców. Żałuję, że musieli poświęcić tak wiele, by mnie wychować.

 

Rant Casey to postać niezwykle ciekawa. Jak sam go postrzegasz?

 

Rant Casey miał być naturalnym, wiejskim, prymitywnym człowiekiem, który żyje w zgodzie z własnymi zmysłami, a nie intelektem. To milsza, delikatniejsza, bardziej intuicyjna wersja Tylera Durdena. Obu z nich postrzegam jako nawiązanie do amerykańskich archetypów w rodzaju Huckleberry’ego Finna lub Natty’ego Bumpo. Albo Davey’ego Crocketta.

 

Czy istnieje dla Ciebie tabu, coś, o czym nie odważyłbyś się napisać?

 

Nigdy nie napisałbym niczego, co mogłoby narazić moich przyjaciół lub krewnych na śmieszność. Jestem bardzo opiekuńczy wobec ludzi, których kocham. Wszystko inne… tak, mogę napisać o wszystkim. Nawet, jeśli to zawstydza mnie, czy raczej: zwłaszcza jeśli mnie to zawstydza. Nikt z nas nie będzie żył wiecznie, a ja nie chcę czuć się tak, jakbym zmarnował życie, poruszając bezpieczne, mdłe tematy.

 

 

Nie kusi Cię jakaś klasyczna forma, powiedzmy coś w stylu Bellowa, Rotha czy Franzena?

 

Niestety, nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, bo nigdy nie czytałem ich dzieł.

 

Nie boisz się, że trafisz kiedyś do kanonu? Że jakiś Harold Bloom – jego opinię można przeczytać na prawie każdej okładce w Polsce – powie: „J.S. Foer, J. Franzen, Pynchon i Palahniuk to najwybitniejsi amerykańscy pisarze”?

 

Ja – klasykiem? Powinienem być szczęśliwy… Wiele lat temu czołowy krytyk we Włoszech oświadczył, że przyszłość amerykańskiej prozy to ja i David Foster Wallace. Nawet jeśli się mylił, to cudownie było to usłyszeć.

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także