18 stycznia 2013

Najfajniejsze polskie komiksy

Komiks w Polsce się przyjął. Nie dziwią już nikogo recenzje komiksowe w opiniotwórczych pismach i poświęcone mu półki w księgarniach. Droga trwała wiele lat i wiodła przez „Świat Młodych”, kioskowe zeszyty z lat dziewięćdziesiątych i prężny ruch fanzinowy. Teraz największe wydawnictwa działają stabilnie, rynek systematycznie zapełnia się polskojęzycznymi edycjami najbardziej klasycznych zagranicznych powieści graficznych, wydawanie głośnych na świecie tytułów zajmuje coraz mniej czasu. Nakłady się wyprzedają, Jerzy Szyłak jest profesorem, na uniwersytetach odbywają się zajęcia poświęcone temu medium, o najważniejszych tytułach mówi się w radiu i telewizji. Mamy rynek komiksowy – to widać gołym okiem. A co za tym idzie, mamy też twórców komiksowych i ciekawe tytuły.

Polski komiks nadal jednak nie uzyskał statusu tak poważnego, jaki nadaje się uznanym pozycjom zagranicznym. O dziełach rodzimych twórców rzadko mówi się tyle, co o kolejnym tłumaczeniu komiksów Franka Millera czy Alana Moore’a, nawet w światku komiksowym, nie mówiąc już o mediach ogólnodostępnych. Można to wyjaśnić faktem, że stabilny rynek komiksowy ukształtował się stosunkowo niedawno, że mieliśmy jednak mniej czasu na przyswojenie sobie tej formy niż Amerykanie czy Francuzi, albo tym, że nasi twórcy nie dorastają jeszcze do poziomu światowego. Można, a jednak nie widzę powodu, żeby to robić, a to dlatego, że po bliższym przyjrzeniu się sprawie, okazuje się, że doczekaliśmy się już w naszym kraju kilku perełek – tytułów, które, jeśli kogoś przekonuje tego typu retoryka, mogą śmiało konkurować z głośnymi na świecie pozycjami. Tytułów, które jednak zwykle nie mogłyby powstać gdzieś indziej. Oraz przede wszystkim – rzeczy naprawdę dobrych, które mogą być interesujące nie tylko dla fanów komiksu.

Właśnie według takiego klucza chciałbym skompletować wybór kilku moim zdaniem najfajniejszych komiksów, jakie wyszły spod ołówków i innych sprzętów polskich rysowników. Nie chodzi o komiksy uznane w wąskim kręgu rodzimych fanów tego medium, którzy uszu nie wyściubiają z cienia fanzinów, dozgonnym szacunkiem darzą „klasykę”, czyli tych, bez których by ich nie było, czytają namiętnie dzieła kolegów twórców i ogółem na komiksach zjedli zęby. Chodzi raczej o tytuły, które mógłby z powodzeniem lubić ktoś, kto dotąd z historiami obrazkowymi miał niewiele wspólnego. Słowem, o komiksy ciekawe jako dzieła, a nie jako dzieła należące do tego właśnie gatunku. Drugim najważniejszym kryterium wyboru niech będzie różnorodność.

Wspomniane kryteria wpływają znacząco na tytuły obecne w zestawieniu. Dla polskiego komiksu jedną z najbardziej dominujących tendencji, według których tworzy się kanon, jest szacunek dla korzeni, sytuowanie w absolutnej czołówce rzeczy z pewnego punktu widzenia istotnych, które jednak niekoniecznie są nadal atrakcyjne dla czytelników spoza środowiska. W tej wyliczance zabraknie zatem „Kapitana Żbika”, „Tytusa, Romka i A’Tomka”, komiksów Jerzego Wróblewskiego czy nawet uznawanego w środowisku komiksowym za absolutnie klasyczny komiksu science-fiction „Funky Koval” (którego zresztą nigdy przesadnie nie ceniłem). Zatem bez poszanowania „klasyki” wskażę kilka rzeczy zazwyczaj nowszych, a na pewno dużo bardziej żywych z dzisiejszej perspektywy i z różnych względów ciekawszych.

Ważna jest także autonomiczność samego dzieła, niezależnie od tego czy jest to pojedynczy album, czy seria. Unikam sytuacji, w której utalentowany twórca znajduje się w zestawieniu niejako za zasługi, pomimo że sam jego komiks nie porywa, choćby – przykładowo – był świetnie narysowany. Stąd brak choćby Przemysława Truścińskiego. Pomijam komiksy imponujące wykonaniem, ale jednak niemające w sobie wystarczającej siły literackiej. Pomijam serie, które są nierówne (jak docenione na rynku frankofońskim „Przebiegłe dochodzenie Ottona i Watsona”, którego pierwsza część „Esencja” ocierałaby się o to zestawienie, gdyby nie wyraźnie słabsza część druga zatytułowana „Romantyzm”). Pomijam Jakuba Rebelkę, Krzysztofa Ostrowskiego z jego wyjątkową „Plasteliną”, Mateusza Skutnika, który mógłby się w podobnym artykule znaleźć dzięki co najmniej trzem tytułom – „Morfołakom”, „Rewolucjom” i „Blakiemu”. Pomijam rzeczy najnowsze, jak choćby bardzo dobry album Marii i Michała Rostockich „Niedźwiedź, kot i królik”. Pomijam „Achtung Zelig!” Krystiana Rosenberga i Krzysztofa Gawronkiewicza, którego pomimo imponującego wykonania i właściwego tylko sobie klimatu nie mógłbym jednak wymienić w gronie najlepszych. Pomijam komiksy Marka Turka, medialnego „Jeża Jerzego”, zręcznych i atrakcyjnych „Śmiercionośnych” Łukasza Ryłki. Pomijam ważną dla niektórych „Ósmą czarę” Krzysztofa Owedyka, której nigdy nie potrafiłem rozpatrywać inaczej niż niedojrzałego, punkowego komiksu fanzinowego, czy dużo lepsze „Bajki Urłałckie” tego samego autora, które mógłbym polecić zamiast niej. Jak widać pomijam sporo, głównie po to, aby zestawienie pięciu i tylko pięciu najfajniejszych polskich komiksów nie wydało się skierowane jedynie do tych, którzy i tak większość z nich już znają. Choć mam też cichą nadzieję, że spora liczba czytelników przynajmniej słyszała o którymś spośród tych najbardziej atrakcyjnych według mnie tytułów.

Osiedle Swoboda

Niekwestionowane arcydzieło polskiego komiksu. Nie dlatego, że „Osiedle Swoboda” jest rzeczą kompletną, pozbawioną słabych punktów, w szczególny sposób przemyślaną fabularnie czy w inny sposób doskonałą formalnie. Zupełnie nie. Seria Michała „Śledzia” Śledzińskiego rozwijała się na oczach czytelników, stając się okrętem flagowym chyba „najfajniejszego” polskiego magazynu komiksowego – „Produktu” i niejednokrotnie trafiała w ślepe zaułki. Nie tak dobra jak początkowe historie była seria późniejsza – wydawana w formie dystrybuowanych przez kioski zeszytów. Cóż jednak z tego, skoro komiks jest być może najlepszym, najbardziej autentycznym artystycznym dokumentem spośród tych, które tratkują o młodzieży dorastającej wśród krajobrazu polskich blokowisk na przełomie wieków? Nie, nie przesadzam.

Smutny, Niedźwiedź, Szopa, Wiraż i Kondzio to chłopaki, którzy niezbyt starają się robić coś konkretnego. Palą jointy, popijają browarem, starają się przeżyć w nieprzyjaznym środowisku, składającym się głównie z dresiarzy, moherowych beretów czy członków rodzin, którzy nie przestają powtarzać: „wziąłbyś się wreszcie do roboty/nauki”. Niby nic w tym odkrywczego, Śledziu jednak potrafił opowiedzieć kilka mniej lub bardziej błahych zdarzeń z ich życia w sposób niespotykany. Wulgarność języka nie przeszkadza w wytworzeniu się klimatu w najlepszym tego słowa znaczeniu ciepłego, empatycznego humoru tych blokowych opowieści, zaprawianych czasami nutką realizmu magicznego. Śledziu wykorzystuje w sposób zawsze zabawny i adekwatny różne konwencje opowiadania, ale nigdy nie traci z oczu bohaterów. Zwyczajnych, ale w pewien sposób niegłupich osiedlowych everymanów. Przypomina też jak ciekawie było żyć w ten sposób, wiedząc, że nawet znudzone osiedle skrywa masę niespodzianek, prawdziwych problemów, kumpelskiej solidarności i niepowtarzalnych postaci, których nie sposób nie uwielbiać.

Doskonale rzecz ujął w swojej recenzji wydania zbiorowego serii Bartek Chaciński, który pisał: „Mówi się, że ulubione używki bohaterów „Osiedla…” powodują problemy z pamięcią, tymczasem ja w komiksach Śledzińskiego widzę więcej pamięci niż w książkach IPN”. Dodać jednak należy, że pamięć to tutaj także śmiech, wzruszenie i nieco nostalgiczna rozrywka najwyższej jakości.

Wilq Superbohater

Druga seria poniekąd z tej samej ligi, co „Osiedle” – polskie, specyficzne realia na wesoło, widziane okiem młodego człowieka. O ile jednak seria Śledzia była doprawionym humorem komiksem obyczajowym, o tyle „Wilq” ma przede wszystkim powodować śmiech. Komiks braci Minkiewiczów również ma korzenie w „Produkcie”, z czasem jednak ewoluował w stronę samodzielnej serii, doskonale znanej nie tylko czytelnikom komiksów. Każdy student ma kumpla, który ma „Wilka” wśród ulubionych książek na facebooku, o ile oczywiście sam nie jest tym człowiekiem. Seria Minkiewiczów zapewniła sobie wielką i niesłabnącą popularność dzięki bezpardonowemu, wulgarnemu i niekryjącemu się z własnym częstym idiotyzmem poczuciu humoru oraz rysunkom rodem z zeszytów szkolnych. Minkiewiczowie potrafili przy tym zaskakiwać niebywale trafnymi i nie mniej śmiesznymi obserwacjami rzeczywistości.

Seria wydawana już od dekady wciąż bawi rzesze, Minkiewiczowie stali się w tym czasie niemal naczelnymi w swoim pokoleniu satyrykami kraju, a prostą kreskę jednego z nich kojarzy chyba każdy, kto zagląda czasami do internetu bądź prasy papierowej. Dziwnym nie jest, że cytatów z „Wilka” jest na Wikiquote chyba więcej niż tych z „Ferdydurke”. Ci, którzy nie wiedzą z autopsji, mogą być pewni, że spora ich część przeniknęła do języka potocznego pewnych środowisk. Przy tym trzeba jasno powiedzieć, że sukces wydawniczy komiksu Minkiewiczów jest w pełni zasłużony.

„Wilq” to komiks, o którym nie da się pisać nie pozostając przy tym śmiesznym, bo w śmiech zamienia się wszystko pozostające z nim w bezpośrednim kontakcie. Śmiech często kpiący, ale przede wszystkim bezinteresowny. Jeśli ktoś jeszcze nie ma zdania, a pielęgnuje w sobie troskliwie jakiś pierwiastek wyzwalającego gówniarstwa – warto przekonać się, czy „Wilq” naprawdę jest, jak twierdzą jego autorzy, jedną z pięciu najśmieszniejszych rzeczy na świecie.

Mikropolis

Komiks Krzysztofa Gawronkiewicza i Dennisa Wojdy to właściwie dwa albumy – „Przewodnik turystyczny” i „Moherowe sny”. Pierwszy z nich rzeczywiście utrzymany jest w formie przewodnika po mieście, które oczywiście gdzieś istnieje, mimo że właściwie trudno powiedzieć gdzie. Poparty wywiadem ze świadkami, krótką historią miasteczka, zawierający mapę i podstawową faktografię. A także, co najważniejsze, krótkie paski komiksowe wcześniej publikowane w prasie, między innymi w „Co jest grane?”, dodatku do „Gazety Wyborczej”. Drugi album to już nieco bardziej rozbudowane historie przydarzające się mieszkańcom Mikropolis.

„Mikropolis” to komiks całkowicie unikalny – jego oniryczny, nadrealny świat przypomina zarazem w dziwny sposób rzeczywistość dobrze nam znaną. Komiks Gawronkiewicza i Wojdy to przede wszystkim specyficzny, czasem czarny, czasami purenonsensowy humor, nieodłącznie związany z poważnymi refleksjami bohaterów na najróżniejsze tematy – zwykle te uważane za najważniejsze. Toksycznie kochający się mały Orzabal i jego Babcia, dzieciaki jednocześnie cyniczne i naiwne, burmistrz miasteczka Dr Murnau, co jakiś czas dotykający ze zniechęceniem największych tajemnic bytu, poeta Bruno oraz cierpiąca wskutek staropanieństwa nauczycielka Panna Julia to tylko niektórzy z mieszkańców tego hipnotycznie dziwnego miasta, które trudno kiedykolwiek całkowicie opuścić, jeśli raz się je odwiedziło.

„Mikropolis” jest pozycją obowiązkową dla każdego, kto jest zainteresowany komiksem. To także rzecz, która może zainteresować każdego ze „specyficznym” czy też „smutnym” poczuciem humoru. Małe historyjki opowiadane przez Wojdę niejednokrotnie rozbrajają, Gawronkiewicz potwierdza tu status jednego z najoryginalniejszych i najlepszych polskich rysowników, a całość tworzy mieszankę, która wprawia w nieco kurczowe ruchy wyobraźnię, strofowaną co chwilę przez ponury komizm. Albumy o miasteczku to rzecz równie fajna, co niepowtarzalna.

Szninkiel

„Szninkiel” właściwie jest komiksem polskim tylko w połowie. Narodził się ze współpracy belgijskiego scenarzysty Jeana Van Hamme’a i najbardziej znanego i utytułowanego na Zachodzie polskiego rysownika komiksów – Grzegorza Rosińskiego. Wydany po raz pierwszy po francusku w 1988 roku nie jest jedynym komiksowym dzieckiem tandemu twórców, którzy stworzyli razem jeszcze kilka popularnych i cenionych dzieł, a wśród nich znanego jeśli nie na całym świecie, to w sporej jego części „Thorgala”, czyli największego polskiego superbohatera (konkurować nie mogą z nim nawet Wilq i Kapitan Żbik). A jednak zamiast przygód dzielnego wikinga, które rzecz jasna mogłyby się tu znaleźć, gdyż są utrzymaną na najwyższym poziomie serią fantasy, zdecydowałem się wybrać „Szninkla”.

Około 130-stronicowy album Rosińskiego i Van Hamme’a to również fantasy. Opowiada o mitycznych losach planety Daar, na której od niepamiętnych czasów toczy się wojna pomiędzy trojgiem potężnych władców. Szninkle to stworzenia najniższe, zazwyczaj rodzące się, żyjące i umierające jako niewolnicy. Jeden z nich jednak – imieniem J’on – zostaje wybrany przez istotę boską do spełnienia misji zbawienia świata Daar. Niezbyt predestynowany przez naturę do heroizmu mały Szninkiel nie ma wyjścia i podejmuje się zadania. Tak rozpoczynają się jego ewangeliczne na opak przygody.

„Szninkiel” opiera się na wątku mesjanistycznym, odwróconym w ten prosty sposób, że J’ona naprzód pcha głównie jego niezaspokojony popęd płciowy. Komiks to również fantazyjna wizja kosmologiczna, ukazująca genezę dzisiejszego człowieka i planety Ziemi poprzez wykorzystanie w skali (bardzo) makro teorii cyklicznej Giambattisty Vico. Wszystko to oczywiście nie do końca poważnie, gdyż album twórców „Westernu” jest przede wszystkim zabarwioną erotycznie i nieco bluźnierczo komiksową rozrywką. Historią świetnie narysowaną oraz opowiedzianą na całkowitym luzie i z uśmiechem na twarzy.

Łauma

Album Karola „KaeReLa” Kalinowskiego chyba najlepiej potraktować jako komiks dla dzieci. Może dla dzieci nieco odważniejszych rodziców, gdyż, dla przykładu, tata Dorotki w jednym z kadrów komiksu popala skręta, Bóg chrześcijański może zaś wydawać się rodzicom-katolikom w „Łaumie” potraktowany niedostatecznie serio. W komiksie KRL-a pojawiają się także inne pęknięcia wskazujące być może na to, że autor nie do końca mógł się zdecydować czy opowiada swoją historię dzieciom czy ich rodzicom. Skłonny byłbym jednak przymknąć oko na te drobiazgi z jednego, ważniejszego powodu – „Łauma” przede wszystkim kapitalnie wykorzystuje niebywale plastyczną, bajkową wyobraźnię charakterystyczną dla dzieci w wieku, w którym to, co opowiedziane, automatycznie staje się tym, co prawdziwe. Kapitalnie i naprawdę wyjątkowo ładnie.

„Łauma” jest historią małej Dorotki, która wskutek śmierci babci przeprowadza się wraz z rodzicami z Warszawy do odziedziczonego domu we wsi Łojmy na Podlasiu. Szybko okazuje się, że jej babcia była szeptuchą (czyli wiejską znachorką), dziadek żyje po śmierci w ciele węża, a w okolicy po latach znowu zaczęła się pojawiać tytułowa Łauma, czyli po naszemu – Baba Jaga, która zagraża wszystkim dzieciom. Dorotka jednak z pomocą pomniejszych i bardzo sympatycznych bóstw znanych ze słowiańskich mitologii robi wszystko, aby ją powstrzymać. Nie jest to jednak wcale takie łatwe…

To, co w komiksie Kalinowskiego najlepsze, to unikalny klimat dziecięcej magii dochodzącej do głosu dzięki wątkom ludowym. Komiks ma morał, jestem pewny, że dla dziecka może być zarówno inspirujący, jak i pouczający w co najmniej kilku kwestiach, a jednak jego największym atutem jest wdzięk z jakim wciąga czytelnika w fantastyczną przygodę Dorotki i jej przyjaciół. Słowem: jest w „Łaumie” coś urzekającego, a zarazem w jak najbardziej pozytywnym sensie łobuzerskiego. Ten komiks jest trochę jak kuzyn, którego świetne pomysły na zabawę nie zawsze podobają się starszym ciotkom.

zp8497586rq

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także