16 lutego 2013

O pożytkach z adaptacji

Do adaptacji arcydzieł literatury mam stosunek nieufny. Pachną albo cenzurą, albo szkolnym brykiem, albo uproszczeniem – żeby łatwiej było coś przełknąć, żeby szybciej można było zająć się czymś innym. Przypomina mi się żart rysunkowy z „New Yorkera” – jedna pani poleca drugiej książkę w księgarni mówiąc: „To fajna książka. Nie zmarnowała mi zbyt wiele czasu”.

 

Adaptacja to inaczej dostosowanie. Ale dostosowanie każe nam jeszcze pytać, do czego? Adaptacja obchodzi się bez dodatkowych pytań. Niesłusznie. Kilka pytań trzeba by zadać każdej adaptacji: np. dla kogo dostosowuje tekst arcydzieła. I po co? Czy tylko dla czyjejś wygody? Żeby było łatwiej?

 

Poniekąd – jest to racja. Niektóre arcydzieła powstały na tyle dawno, że grożą niezrozumieniem. Wymagają więc zabiegów, które je dostosują – do wymogów współczesnego czytelnika. Nie chodzi więc o wygodę, lecz o przetrwanie: teksty niezrozumiałe nie mają szansy przeżycia. Nawet te, które traktowane są w danej kulturze jako kanon.

 

Należy do nich dzieło Franciszka Rabelais’go „Gargantua i Pantagruel”, historia rodziny olbrzymów, oparta na ludowej legendzie. Arcydzieło francuskiego renesansu, napisane ludowym językiem, nie stroniącym od wulgaryzmów, pełnym dosadnych opisów. Wzorzec wszelkich parodii i zabiegów intertekstualnych, a zarazem dialog ze średniowieczem: oto bowiem średniowieczny gatunek chansons de geste, czyli hagiograficznej „pieśni o czynach”, zostaje wykorzystany a rebours: odwracając hierarchię wartości i przedstawiając świat na opak.

 

Ale nie tylko o polemikę ze średniowieczem tu chodzi. Michaił Bachtin twierdził, że książka Rabelais’go wpisuje się w tradycję karnawału, czyli takiego czasu w kulturze, kiedy odrzucone zostają oficjalne hierarchie panujące w powszednim świecie. Kultura wciąż potrzebuje karnawału, „Gargantua” jest więc książką ponadczasową.

 

Kilka lat temu ukazała się we Francji adaptacja tej książki autorstwa Christiana Posłańca; od niedawna mamy i polskie wydanie, w przekładzie Jana Marii Kłoczowskiego, na podstawie klasycznego przekładu Boya. Skrócone i uwspółcześnione. Opatrzone także uwspółcześnionymi ilustracjami Ludovika Debeurme’a. Zaadaptowane dla dzieci? Dla dorosłych? Nie bardzo wiadomo. Wiadomo, że i niesamowite ilustracje, i makabryczne historie – mogą się przyśnić. I będzie to sen o nas samych. Sen śniony co najmniej od średniowiecza.