Czarni bogowie nie skąpią łaski natchnienia Szczepanowi Twardochowi, który w zaledwie dwa lata po ukazaniu się jego słynnej, wizjonerskiej powieści „Wieczny Grunwald” i rok po wydaniu zbioru niemal równie ciekawych opowiadań „Tak jest dobrze”, rzuca na rynek kolejną i to pokaźną, bo niemal 600-stronicową porcję świeżego literackiego mięsa. I tym razem kucharz ów raczy nas strawą tyleż wyrafinowaną w smaku, co pieprzną.
W Europie połowy XIX wieku zainteresowanie narodowymi starożytnościami, lokalną tradycją, szczególnie tą oralną, kwitnie: bracia Grimm kształtują nowoczesne badania folklorystyczne i tworzą zbiory ludowych baśni, w Polsce podwaliny pod badania ludoznawcze kładą Zorian Dołęga-Chodakowski i Oskar Kolberg. Powstają narodowe eposy, tworzone przez romantycznych poetów na podstawie pradawnych legend: Elias Lönnrot w Finlandii publikuje pierwszą i kolejne wersje "Kalevali", w Estonii Friedrich Reinhold Kreutzwald spisuje "Kalevipoeg", na Łotwie Andrejs Pumpurs – "Laczplesis".
„Żaden z tych ludzi nie ma nic ciekawego do powiedzenia i żaden z nich nie potrafi pisać. Nawet pan Kerouac. To nie pisanie. To stukanie w maszynę do pisania” – powiedział o twórcach z kręgu Beat Generation Truman Capote. Coś musi być na rzeczy, bo bardziej żywotna od mocno zdezaktualizowanych dzieł bitników okazała się towarzysząca im barwna legenda.
Pięć po ósmej włączyłem radio, odnalazłem godzinki i zacząłem śpiewać. Zawsze tak robię, ilekroć wyjadę dość wcześnie. Głośno, głośniej niż radio, tak jak mój dziadek.
Język - to narząd smaku. Ale i narząd umożliwiający mówienie o smaku. Od kiedy w naszym kraju pojawiły się nowe smaki, nowe kuchnie, nowe przyprawy - a za nimi i nowe potrawy - pojawiły się też nowe sposoby mówienia i pisania o jedzeniu.