5 listopada 2012

Antybohater, którego (zbyt) dobrze znacie

Na „Truciznę”, siódmą część przygód najbardziej znanego polskiego egzorcysty w cywilu, Jakuba Wędrowycza, Andrzej Pilipiuk kazał czytelnikom czekać ponad trzy lata. To świetna okazja, by spróbować wyjaśnić fenomen tego cyklu. Cyklu, który jak żaden inny polaryzuje miłośników fantastyki: część za Wędrowyczem skoczyłaby w ogień, część odsądza od czci i wiary zarówno bohatera, jak i jego twórcę. Pilipiuk wraz z Jakubem stali się czymś w rodzaju koła zamachowego polskiej fantastyki po 2001 roku.

 

Narodziny homo bimbrownicusa

 

Jakub Wędrowycz, wiek nieokreślony acz mocno podeszły, pojawił się w polskiej literaturze w 1996 roku w opowiadaniu „Hiena”. Na pierwszą „pełnometrażową” książkę trzeba było jednak poczekać do 2001 roku, kiedy ukazały się „Kroniki Jakuba Wędrowycza”, zbiór piętnastu opowiadań, których głównym bohaterem był ten opój, bimbrownik, domniemana hiena cmentarna, pogromca wampirów, komunistów i Bardaków. To najpopularniejszy cykl, jaki wyszedł spod pióra Pilipiuka. Serca czytelników niemal z miejsca podbił rubaszny humor i sam główny bohater, którego trudno byłoby określić mianem herosa.

 

Jakub, zamieszkały na Starym Majdanie w województwie lubelskim, jest archetypem strasznego dziadunia, choć metodom, jakie stosuje, daleko do subtelności intryg Polikarpa Białopiotrowicza z powieści Marii Rodziewiczówny. Pozornie nieszkodliwy wiejski dziadyga, skory do bitki i wypitki (na tym w zasadzie kończą się jego zainteresowania) zawojował serca czytelników. Sukces wydawniczy pierwszego tomu o Wędrowyczu przełożył się zresztą na późniejszy boom debiutów z dziedziny fantastyki, wydawanych przez Fabrykę Słów i Wydawnictwo Runa. Czego można się spodziewać po najnowszej książce? Tego, czego po wszystkich poprzednich, czyli dużej ilości bimbru, bicia po mordach i koszarowych dowcipów.

 

Pilipiuk postępuje w myśl zasady, by nie psuć tego, co dobrze działa. Każdy kolejny tom rozchodzi się w kilkunastu tysiącach egzemplarzy, osiągając status bestsellera. Wędrowycz to właściwie samograj, który można wykorzystać na wiele sposobów i tylko od autora zależy, czy nie zarżnie swojej złotej kury. Uniwersalne w popkulturze prawo sequela mówi, iż najlepiej zarabia się na kontynuacjach. Druga część cyklu, który odniósł sukces, najczęściej przebija pod względem marketingowym pierwszą i tak samo jest z następnymi, dopóki publiczność się nie znudzi. W wypadku Wędrowycza ten moment jeszcze nie nadszedł, choć jest chyba coraz bliżej.

 

Współczesny Kraszewski

 

Andrzej Pilipiuk to ciekawy przypadek w polskim światku literackim. Ze swoimi wyrazistymi poglądami się nie kryje. Z jednej strony niezwykle popularny – jego nowe książki rozchodzą się na pniu – z drugiej niemal zupełnie nieobecny w głównym nurcie mediów. Zarzuty grafomanii odpiera stwierdzeniem, że jest pisarzem zawodowym – dostarcza towar, na który jest zapotrzebowanie. Jego pisarska płodność budzi zdumienie i podejrzliwość. W ciągu sześciu lat pod pseudonimem Tomasz Olszakowski wydał dziewiętnaście tomów kontynuacji Pana Samochodzika. Choć nie stawia go to jeszcze w jednym rzędzie z Ignacym Kraszewskim, który pozostawił po sobie ponad sześćset dłuższych i krótszych utworów, to jego płodność pisarska zdaje się nie mieć granic.

 

„Pan, panie Wędrowycz, jest okropnym człowiekiem”

 

Skąd wzięła się popularność cyklu o Wędrowyczu? Przede wszystkim i poza kolejnością – wynika ona z dobrze wymyślonego głównego bohatera. Jakub jest hybrydą. Ucieleśnia wszelkie negatywne stereotypy o przysłowiowym chamie ze wsi: agresywnym prostaku, który rzadko się myje, chodzi w gumofilcach i starej kufajce, pędzi bimber ze wszystkiego, co wpadnie mu w ręce (w tym pierników i landrynek). Przy tym jest obleśny i stary. Jednocześnie ma w sobie charyzmę, której nawet najzagorzalsi przeciwnicy nie mogą mu odmówić. To bohater na tyle wyrazisty i kontrowersyjny, że trudno pozostać wobec niego obojętnym. Osadzony w przyjętej przez Pilipuka konwencji jest jak bomba smrodu, która wybucha czytelnikowi prosto w twarz. W polskiej fantastyce brakuje tak pełnokrwistych (anty)bohaterów. Po części udało się to Sapkowskiemu w sadze husyckiej – jego Reinevan prezentuje modelowy wręcz przykład narwanego głupka, który co i rusz pakuje się w kłopoty. Tymczasem Wędrowycz dzięki swej sile wyrazu może śmiało stawać obok takich kreacji jak Rincewind, największy tchórz i nieudacznik w całym Świecie Dysku Terry’ego Pratchetta, czy Paul Carpenter z powieści Toma Holta, którego nawet wygrana potyczka z goblinami nie uleczyła z ciapowatości. Warto dodać, że obydwie te postacie są tworami brytyjskich pisarzy, którzy z ironii i czarnego humoru uczynili swój znak firmowy. Andrzej Pilipiuk bazował na prostszym dowcipie, jednak dla polskiej fantastyki był to swego czasu powiew świeżości.

 

„Wcale nie jestem agresywny (…). Ja tylko czasem po prostu mam ochotę komuś przypierdolić”

 

W cyklu o Wędrowyczu znajdziemy także charakterystyczną dla samego autora wizję świata. Bohater prezentuje antykomunistyczne poglądy i wyraźnie prawicowy światopogląd. Jakub porusza w czytelniku patriotyczną strunę – jest brutalną hiperbolizacją naszych cech narodowych. Pije, walczy z komunistami, programowo naśmiewa się z policjantów i urzędników, jest cwaniakiem, jakich mało. i wszyscy mogą mu skoczyć. Chcąc nie chcąc przechodzi się na jego stronę podczas zatargów z posterunkowym Birskim. Pilipiuk umiejętnie pogrywa również ze stereotypem starca-mędrca, znanym zarówno z fantastyki, jak i literatury pięknej. Wędrowycz reprezentuje tu mądrość i siłę wypływającą z wieloletniego doświadczenia, niczym stary mistrz kung-fu, ukrywający się pod postacią niepozornego dziadka. Jednak Jakub szacunku nie budzi, budzi jedynie strach przed swoją bezwzględnością i zwierzęcą siłą. Dla nikogo, łącznie z czytelnikiem, nie ulega wątpliwości, że to on jest najsilniejszym zawodnikiem na boisku. Można więc obserwować ultrapolskiego superbohatera, który kopie tyłki wszystkim, których spotyka na swojej drodze, wliczając w to wiecznie żywego Lenina. Prawdziwy balsam dla polskiej duszy.

 

Poza nim brak w cyklu o egzorcyście niestereotypowych charakterów. Policjanci są nierozgarnięci, dresiarze tępi i prymitywni, Bardaki (główni antagoniści Jakuba w Wojsławicach) mściwi i głupi. To prosty świat, w którym na nikogo nie czekają rozterki moralne, a poziom przemocy porównywalny jest z najlepszymi dokonaniami Quentina Tarantino.

 

Wieś spokojna, wieś wesoła w cieniu jabola

 

Najsłynniejszy cykl Pilipiuka przywraca dla literatury polską wieś, gdzie najważniejszym miejscem jest karczma, a na łąkach straszy duch dziedzica. Wieś to centrum świata. Tutaj rozgrywają się wszystkie przygody bohaterów, a nawet jeśli trzeba ją opuścić, jest to tylko stan tymczasowy, który szybko wraca do normy. Sam autor pełnymi garściami czerpie z romantycznej wizji wsi i jej mieszkańców, przekształcając ją na własną, będącą pastiszem, modłę. Wojsławice to parodystyczne skrzyżowanie mickiewiczowskiego sioła i upadłego PGR-u. Wypełniają je zjawy i stwory z ludowego folkloru, czy wręcz „Ballad i romansów”, choć zdarzają się również współczesne wytwory kultury popularnej, jak Wróżka Zębuszka, Smerfy, Pokemony. Na pierwszy plan wysuwa się również kwestia moralności ludowej, głoszącej, iż „nie ma winy bez kary”. W tym konkretnym cyklu karę wymierza, rzecz jasna, Jakub Wędrowycz.

 

Mit, którym obrosły Wojsławice, doczekał się zresztą zdyskontowania – od 2006 roku odbywają się tam Dni Jakuba Wędrowycza. Forma cyklu, na który składają się zbiory luźno powiązanych ze sobą opowiadań, wywodzi się z wiejskich gawęd, bajań przy kominku, historii, którymi straszyło się dzieci. Język Pilipiuka jest potoczysty, prosty, nie brak tu wulgaryzmów. Warsztat językowy jest co najwyżej poprawny, a udane sformułowania są bezlitośnie recyklingowane. I co właśnie recykling jest największą wadą całego cyklu. Kolejne opowiastki o Wędrowyczu, a jest ich już ponad sześćdziesiąt, traktują właściwie ciągle o tym samym. W kółko powtarzają się te same motywy, rozwój akcji można przewidzieć już po pierwszym akapicie. Jakub jest, co prawda, nieprzewidywalny, ale czytelnika nie tak łatwo mu zaskoczyć.

 

Przepis na bestseller

 

Jeśli chcielibyśmy na podstawie cyklu o Wędrowyczu, sporządzić przepis na bestseller, wyglądałby on tak: wyrazisty bohater (najlepiej niezbyt wyrafinowany, ale w dziwny sposób urzekający pijak) plus wyraziste poglądy (konserwatywne; polska fantastyka z prawicą jest związana niemal organicznie, do patriotyzmu odwołuje się często otwarcie) plus delikatna gra z konwencją (anty-bohater) i odwoływanie się do stereotypów. Do tego należy dodać solidną dawkę rubasznego humoru. Oczywiście, wygląda to bardzo prosto, ale tylko na papierze.

 

Literatura rozrywkowa rządzi się swoimi prawami. Pilipiuk jest w tym momencie sztandarowym przedstawicielem fantastyki, szczególnie od momentu, gdy w cień usunął się Sapkowski. Jego podejście do kwestii warsztatowych stawia gatunek w złym świetle. Pisanie rzemieślnicze (czy też: dla pieniędzy) nie wyklucza rozwijania warsztatu, co najwyraźniej leży poza sferą zainteresowań autora. Tymczasem powinna to być kwestia nie tylko profesjonalizmu, lecz także zwykłego dbania o swoje twórcze poletko. Pozostaje pytanie, ile jeszcze wtórnych tomów Wędrowycza sprzeda Pilipiuk, zanim czytelnicy zagłosują w najbardziej wymierny sposób – portfelem?