20 listopada 2013

Wiedźmińskie apokryfy

Najnowszy tom sagi o Wiedźminie spadł na fanów niczym grom z jasnego nieba. Piętnaście lat po wydaniu „Pani Jeziora” i niezliczonych zapewnieniach, że do cyklu wiedźmińskiego już nie powróci, Andrzej Sapkowski zaprezentował nam kolejną porcję przygód Geralta z Rivii. Polska scena fantasy dawno nie odnotowała takiego poruszenia, zwłaszcza, że dla wielu jej obserwatorów „Wiedźmin” był cyklem ikonicznym, przeżyciem wręcz pokoleniowym.

header - Sapkowski - SezonBurz Wiedzmin

Kwestia ewentualnej kontynuacji sagi rozpalała dyskusje miłośników fantasy, zwłaszcza ze względu na nieoczywiste zakończenie całego cyklu. Po kilkunastu latach i kilku mniej lub bardziej udanych książkach Sapkowskiego dyskusja ta stawała się – jak się wydawało – coraz bardziej pozbawiona sensu. Do czasu. Niezwykły był sam sposób, w jaki zaanonsowano najnowszą odsłonę cyklu – zamiast zwyczajowej kilkumiesięcznej akcji promocyjnej informacja o „Sezonie Burz” ukazała się niemalże w przededniu premiery. Taktyka bez wątpienia okazała się strzałem w dziesiątkę: spragnieni czytelnicy dosłownie rzucili się do sklepów, głównie internetowych. Od kiedy książka – jeszcze przed premierą – pojawiła się na Allegro, średnio co 14 sekund sprzedawał się jeden egzemplarz, co stanowiło wówczas prawie 12% sprzedaży w całej kategorii Książki i Komiksy. Oprócz oczywistej konkluzji, że Polacy najwyraźniej jednak czytają, pojawia się jeszcze jeden wniosek. Zakończenie sagi wiedźmińskiej utworzyło na polskim rynku fantasy lukę, której nikt nie zdołał zapełnić przez kolejne kilkanaście lat. Oczywiście, Sapkowski poprzeczkę swojemu potencjalnemu następcy ustawił wysoko, ale znamienne jest, że w powodzi gatunkowej literatury, zalewającej rynek w ostatniej dekadzie, nikt nawet nie zbliżył się popularnością do wiedźmińskiego pięcioksięgu.

 

Sama książka, powiedzmy to sobie wprost, nie oszałamia. Sapkowski przez pierwsze rozdział sprawia wrażenie, jakby dopiero się rozgrzewał. Styl, pozornie noszący wszystkie cechy poprzednich książek, nie urzeka i nie wciąga jak dotychczas. Brakuje świeżości i pewnej subtelności, która dotychczas powstrzymywała autora przed wykładaniem swoich poglądów jak przysłowiową kawę na ławę. Wciąż mamy mistrzowskie operowanie językiem i gry kulturowe, których rozszyfrowywanie to przyjemność zupełnie odrębna od samej fabuły. Ale niedosyt powoli się wkrada. Zupełnie jakby sam autor nie był do końca przekonany, czy to, co robi, ma sens. Jasne, minęło piętnaście lat – zarówno dla Sapkowskiego, jak i jego czytelników to dużo czasu. Ale w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że to znów się stało – świat Geralta wciągnął nas w siebie tak, że nieważne stały się wszelkie kwestie formalne. Potęga opowieści zatriumfowała ponownie, a Sapkowski jest bezsprzecznie mistrzem prowadzenia fabuły.

 

Sapkowski, czyli współczesny VerneAndrzej Sapkowski jaki jest, wszyscy wiedzą. O jego nieuprzejmości krążą legendy, a uczestnicy konwentów fantasy mogliby dorzucić do nich swoje trzy grosze. Fakt, że tak nieprzyjemna osobowość stworzyła jednocześnie najpopularniejszą polską serię fantasy, budzi czasem zdziwienie. Nie ma jednak nic gorszego, niż utożsamianie autora z jego dziełem. Warto wspomnieć chociażby o Julesie Verne, który zdolny był jednocześnie stworzyć postać nieskazitelnego dżentelmena Phileasa Fogga, a także wydziedziczyć swojego syna i zesłać do jednej z zamorskich kolonii francuskich. Sapkowski może sobie być mizantropem, ale jego proza broni się sama. Mamy tu wszystko: pełnokrwistych bohaterów, wartką akcję, niebanalne dialogi i kilka prawd życiowych, które dla dorastającego nastolatka brzmiały jak prawda objawiona. Mamy umiejętne balansowanie pomiędzy sacrum i profanum, trochę koszarowego humoru i sporo gołych cycków – czyli to wszystko, co w dwóch pierwszych tomach opowiadań i całym pięcioksięgu. Jest tylko jedno, małe „ale”.

 

A konkretnie – ale to już było. Oczywiście, z jednej strony tego właśnie jako fani oczekiwaliśmy. Z drugiej – lata oczekiwania zaostrzyły apetyt. Naiwnością jednak byłoby oczekiwać, że Sapkowski przeskoczy samego siebie. Jednak największym problemem jest to, że książka niemal w całości bazuje na utartych kliszach z wiedźmińskiego świata. Z początku trudno jest umiejscowić ją chronologicznie – jak się okazuje, obejmuje okres pomiędzy „Ostatnim życzeniem” a „Mieczem przeznaczenia”. Geralt zdążył już zerwać z Yennefer, ale na tronie Cintry wciąż zasiada Calanthe, a świat nie stanął jeszcze w ogniu. Sapkowski prezentuje nam stały zestaw postaci. Mamy więc kilku czarodziejów, kilku nieludzi, pojawiają się elfy i oczywiście bard Jaskier. Klisze biją jednak po oczach: czarodzieje są aroganccy, tabuny czarodziejek ładują się Geraltowi do łóżka, Jaskier wpada w kłopoty, a królewskie rody snują intrygi. Jedynym odstępstwem od reguły jest sam Geralt: w odróżnieniu od poprzednich części cyklu jest jeszcze mniej zgorzkniały i cyniczny, wciąż jeszcze nie wyplewił z siebie naiwności i wiary w ludzi. Problem w tym, że ta konstrukcja, mimo iż psychologicznie usprawiedliwiona, straszliwie razi, zwłaszcza w zestawieniu z mroczną „Panią Jeziora”, gdzie wiedźmin, zupełnie już odarty ze złudzeń, odpływa we mgłę.

 

Sama fabuła konstrukcją zbliżona jest do pierwszych tomów – zbiór opowiadań osnuty został wokół jednej osi fabularnej, czyli kradzieży i próby odzyskania wiedźmińskich mieczy. Wśród opowiadań absolutną perełką jest opis spotkania z aguarą, demonem-lisem wyraźnie inspirowanym folklorem japońskim. Sapkowski w mistrzowskim stylu snuje narrację na granicy sennego majaku. O ile nie wszystkie opowiadania wznoszą się na ten sam poziom, a miejscami drażnią nieco zbyt nachalnie eksponowane poglądy samego autora, o tyle wciąż jest to ten sam świat, do którego przywykli czytelnicy: brutalny, pozbawiony złudzeń i miłosierdzia, ale też zawierający w sobie sporą dawkę humoru.

 

„Sezon burz” to pozycja bardzo bezpieczna, żeby nie powiedzieć zachowawcza. Czy zaspokoi zaostrzone tak długim oczekiwaniem apetyty? Trudno powiedzieć. Większość fanów i tak zapewne skusi się na lekturę, powodowana czy to sentymentem, czy to ciekawością. Jedno jest pewne – w tym roku rekord sprzedaży w Polsce ustanowi najpewniej książka zupełnie nie wybitna. Ot, magia nazwiska.

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także