23 listopada 2012

Biała Afryka

Trudno czytać książkę Evelyna Waugha, wielkiej gwiazdy angielskiej literatury przed II wojną światową, bez znajomości kontekstu, bez wiedzy, że był on dzieckiem Korony Brytyjskiej. To opis podróży po Afryce, w którym jej rdzenni mieszkańcy grają rolę poboczną, a na pierwszy plan wysuwają się biali – kenijscy koloniści, dyplomaci wysłani na koronację cesarza Abisynii, wszelkiego rodzaju podróżni i urzędnicy przebywający wówczas na skolonizowanym kontynencie.

 

W „Podróży afrykańskiej” odbija się, jak w krzywym zwierciadle, ówczesna Europa. W odległej i, wydawałoby się, egzotycznej Abisynii odbywają się takie same dyplomatyczne przepychanki, jak w Londynie czy Berlinie. Koronacja cesarza Hajle Sellasje, na którą w 1930 roku angielski pisarz wybierał się w charakterze reportera, była dla zachodnich państw w istocie okazją do manifestacji swojej obecności w tym kraju. Pojawiają się tutaj nawet polskie akcenty (budujące zwycięstwo w kategorii najbardziej rozwlekłego hymnu państwowego).

 

Czytając o cesarzu Etiopii, nie sposób zapomnieć o „Cesarzu” Kapuścińskiego. Choć książki napisane zostały w odstępie niemal 50 lat, widać w nich ogromną różnicę w postrzeganiu opisywanego świata. Waugha nie do końca interesuje postać cesarza ani abisyński dwór. Afryka jest pięknym (lub męczącym) tłem, a rozważane problemy są przed wszystkim problemami białych na Czarnym Lądzie. Anglik wykazuje się jednak podziwu godną przenikliwością, przewidując, że kolonizacja Afryki może nie przetrwać kolejnego ćwierćwiecza. Tak się też stało, choć tylko w pewnym sensie.

 

Jednak „Daleko stąd. Podróż afrykańska” to nie tylko trącące myszką obserwacje społeczne, lecz także specyficzny angielski humor, który uprzyjemnia lekturę nawet tak upiornych przeżyć, jak sztorm na jeziorze Victorii czy obezwładniający zanzibarski upał i nuda. Waugh niezależnie od sytuacji prezentuje typową angielską flegmę i dystans. Tym ciekawiej obserwuje się więc momenty, gdy ten pancerz na chwilę opada.