23 lipca 2016

Duchy transformacji

Duchologicznego projektu Olgi Drendy trudno nie docenić. Książka wcale nie jest najmocniejszym jego elementem – być może po prostu z tego powodu, że to nie w słowach duchologia manifestuje się najlepiej.

Skrótowo i od początku: Olga Drenda ukuła termin „duchologia”, tłumacząc termin „hauntology”, który zaczerpnęła z obszaru anglosaskiej krytyki muzycznej (a który swoje korzenie ma w Widmach Marksa Jacquesa Derridy). Hauntologia w tym muzycznym, popkulturowym rozumieniu to estetyka mocno zanurzona w indywidualnej pamięci – zwłaszcza pamięci dzieciństwa i wczesnej młodości – wraz z jej zaburzeniami, zniekształceniami i przekłamaniami. Dużą rolę odgrywa w niej pamięć wytworów kultury, zwłaszcza przekazów medialnych. Hitowych piosenek, telewizji, filmów video, różnych rzeczy obecnie tak widowiskowo niemodnych, że przez to ciekawych. Drenda na potrzeby swojej książki jeszcze bardziej zawęziła obszar zainteresowań. Duchologia w jej projekcie jest właściwie jej osobistą hauntologią – czasami duchologicznymi autorka nazywa kilka lat przed i po transformacji ustrojowej, czyli okres, kiedy to ona była dzieckiem. Pomysł chwytliwy o tyle, że prostą drogą trafia do osób urodzonych w latach osiemdziesiątych, dla których hauntologiczny jest ten sam lub podobny okres. Chwytliwość dodatkowo wzmacnia jeszcze jeden aspekt – czasy okołotransformacyjne w Polsce z dzisiejszej perspektywy chyba każdemu wydają się nieprzebraną kopalnią kuriozów.

Pamiątki z tak rozumianej epoki duchologicznej Drenda zbiera od kilku lat, udostępniając je przy okazji na specjalnie założonej przez siebie stronie facebookowej (i na Tumblerze). Duchologiczne suweniry to zdjęcia, fragmenty czasopism, reklamy, piosenki, okładki kaset, ulotki i inne artefakty jakby przenoszące zadziwionego oglądającego wprost w tamte czasy. I dokładnie o to w zbieractwie Drendy chodzi – o Proustowską magdalenkę przyprawioną mocnym odczuciem dziwaczności czasu transformacji. Autorka wyjaśnia to w wywiadzie opublikowanym w „Notesie na 6 tygodni”. – Najbliższa jest mi pozycja zaciekawienia, które uruchamia się wtedy, gdy wchodzisz na strych albo idziesz na targ staroci i nagle odkrywasz coś, o czym zapomniałaś na 20 lat albo to ignorowałaś, a teraz patrzysz jakby nową parą oczu i to coś, nawet jeśli jest banalne, wydaje ci się intrygujące, bo stanowi świadectwo czasu, w którym powstało – mówi Drenda.

Duchologiczne przedsięwzięcie od dawna sprawdzało się świetnie właśnie jako kopalnia artefaktów. Problem w tym, że książka Drendy nie mogła być albumem – w końcu swoje zbiory autorka udostępnia całkiem za darmo na Facebooku. Niestety według mnie Drenda nie udźwignęła opisania swoich fascynujących poszukiwań w sposób, który nie odstawałby intensywnością od samego patrzenia na zgromadzoną przez nią kolekcję. Zadanie było wyjątkowo trudne – hauntologia żywi się raczej pobudzaniem zmysłów, nie ich dyskursywizacją. Drenda (skądinąd bardzo ciekawa autorka, o czym wiadomo dzięki publikowanym przez nią tu i ówdzie tekstom mniejszym objętościowo) poprzestała tu na subiektywnej antropologii codzienności epoki duchologicznej. Taka forma nie pozwoliła jej zawrzeć w książce zbyt wielu odkrywczych spostrzeżeń, odważnych tez, zuchwałych dociekań. Autorka prześlizguje się jakby po duchologicznej rzeczywistości zamiast próbować mocno w nią wejść, tak jak może to zrobić każdy oglądający jej kolekcję. Zdarzają się tu próby niebanalnego rozumowania, niestety zbyt szybko porzucane. Moim ulubionym fragmentem są chyba rozważania o charakterystycznej dla duchologii kolorystyce. Nawet tutaj jednak Drenda zatrzymuje się w pewnym momencie i temat kończy się na zaledwie zasygnalizowaniu zjawiska. Szkoda, że tak zachowawczo, bo przecież to właśnie „eksperymentalny” temat barw najlepiej korespondowałby literacko z niewyraźnością estetyki hauntologicznej.

Najczęściej jednak Drenda po prostu dokumentuje estetykę i kurioza epoki okołotransformacyjnej. Robi to pracowicie i najczęściej w interesujący sposób, ale też subiektywnie na tyle, że każdy czytelnik mógłby do wyboru zasygnalizowanych przez nią zjawisk dołożyć własne propozycje. Z Duchologii polskiej dowiedziałem się o epoce kilku rzeczy, o których nie miałem pojęcia, a większość z nich kazała mi wytrzeszczyć oczy. Krótko mówiąc, czas spędzony z książką na pewno nie jest stracony, szkoda tylko, że fascynujący temat nie przełożył się w jej przypadku na fascynującą lekturę. Lektura Duchologii polskiej jest „tylko” ciekawa.

Na koniec warto napisać wyraźnie: mimo, że książka Drendy nie jest tym, czym mogłaby być, i tak jest interesująca. Tyle tylko, że ta „interesująca” książka na tle całego projektu duchologicznego pozostawia pewien niedosyt. Bo zdaje się, że dzięki swojej duchologii Drenda zasłużenie zostanie zapamiętana na dłużej.

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także