9 lipca 2015

Superman – człowiek z żelaza

Co by było, gdyby Superman wylądował nie w prowincjonalnym Smallville w stanie Kansas, ale w radzieckim kołchozie na Ukrainie? Oczywiście nie tylko jego historia potoczyłaby się całkiem inaczej, ale również historia całego świata. Jak by się potoczyła? Opowiada gwiazda mainstreamowego komiksu – Mark Millar.

Powstanie i umocnienie się komiksu superbohaterskiego w USA nie byłoby możliwe gdyby nie nienawiść amerykańskiego społeczeństwa do idei komunizmu, II wojna światowa i – wreszcie – zimna wojna. Komiksy o rdzennie amerykańskich superbohaterach takich jak Superman czy Kapitan Ameryka były po prostu produktami propagandowymi, w niczym właściwie nie lepszymi od znanej nam chyba mimo wszystko lepiej propagandy radzieckiej. To aż dziwne, że do powstania „Czerwonego syna”, żaden z licznych twórców wciąż przecież prężnie wydawanych superbohaterskich zeszytów, które zresztą już od dawna wyzwoliły się spod jarzma prostego, pro-kapitalistycznego przesłania, nie wpadł na pomysł takiego odwrócenia. Superman jako wymarzony radziecki człowiek epoki Stalina to przecież świetny pomysł.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że Mark Millar nie potrzebował już zbyt wiele – wystarczyło profesjonalnie wykonać album oparty na tym pomyśle, by przeszedł on do kanonu opowieści o superbohaterach. Tak też się stało. Poziom profesjonalizmu, na który wznosi się „Czerwony syn” jest jednak naprawdę godny szacunku – Millar i koledzy nie tylko zdradzają znajomość i wyczucie uniwersum Supermana (a wręcz multiwersum DC), ale wpadają na kilka pomysłów scenariuszowych, dzięki którym album czyta się przyjemnie nawet osobom niezbyt lubiącym schematy historii o Supermanie i innych herosach w trykotach. By nie spoilować za bardzo, zdradzę tylko, że z komiksu możemy poznać alternatywną wersję historii o prawdziwym pochodzeniu Supermana (nie jest to wcale planeta Krypton), prześledzić alternatywne wersje losów wiodących postaci z komików o Supermanie – Lois Lane i Lexa Luthora, czy wreszcie zupełnie na nowo poznać Batmana, który w „Czerwonym synu” jest rosyjskim dysydentem-terrorystą.

Superman również, czego można się łatwo domyślić, dzięki swoim supermocom zostaje w „Czerwonym synu” kimś znacznie więcej niż niezłomną wersją Mateusza Birkuta. Jest zarówno superbronią, za pomocą której Związek Radziecki o kilometry wygrywa ze Stanami Zjednoczonymi wyścig zbrojeń, jak również Wodzem, który sprawia, że potęga komunizmu jest przez długi czas nie do pokonania. Jest również – jak na standardy historii superbohaterskich – postacią niejednoznaczną. Podobnie podsumowałbym cały komiks – jest nieoczywisty i nieschematyczny, ale „jak na standardy historii superbohaterskich”. „Czerwony syn” to w żadnym wypadku nie nowi „Strażnicy” i rzecz przeznaczona jest jednak przede wszystkim dla fanów Supermana, DC Comics, superbohaterów. Innym – w tym mnie – raczej nie czyta się tego z aż taką przyjemnością, jaka zapewne przypada w udziale sympatykom powyższych. Innym – w tym mnie – czyta się „Czerwonego syna” z zainteresowaniem, ale bez rozkoszy.

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także