31 sierpnia 2015

Śniąca czarownica

W kolejnym komiksie Tony Sandoval utrzymuje ten sam, znany jego czytelnikom kurs. Azymut na tajemnicę z pogranicza jawy i snu oraz niepokój wrażliwych, nastoletnich outsiderów.

Polski czytelnik polubił Tony’ego Sandovala, a jeszcze bardziej polubiło go chyba wydawnictwo Timof Comics – „Tysiąc sztormów” to już szósty komiks autora wydany w naszym kraju. Nie dziwię się, nawet sam na nowości od Meksykanina czekam. Rzeczywiście posiadł on własny, niepowtarzalny styl, który trudno z czymś skojarzyć i którego cechą dystynktywną jest oniryczna, gęsta atmosfera oraz nacisk położony na problemy okresu dorastania. Często zresztą tak poważne, jak śmierć bliskiej osoby.

W „Tysiącu sztormów”, podobnie jak w ostatnim „Wężu wodnym”, główną bohaterką jest dojrzewająca dziewczyna, która stała się nieco dziwna odkąd umarła jej matka. Rówieśnicy pomawiają ją nawet o bycie czarownicą i kontakt z ciemnymi mocami. Tak naprawdę wcale się nie mylą, a Lisie zdarzyło się niechcący otworzyć wrota do jakiegoś innego, mrocznego wymiaru, co wywołuje masę kłopotów, a nawet tragedii. Zupełnie, jak gdyby Lisa nie miała swoich problemów i nie zmagała się na co dzień z brakiem akceptacji, samotnością, niepewnością i niezaspokojoną potrzebą miłości.

Nie jest to mój ulubiony komiks Sandovala, bo najbardziej lubię „Doomboya” – album o chłopcu, śmierci i lokalnej scenie muzycznej. Może zaczynam tęsknić u meksykańskiego autora za jakimiś modyfikacjami stylu, nowymi pomysłami. Tak już jest w przypadku artystów konkretnie sprofilowanych, charakterystycznych i wydających konsekwentnie równe rzeczy nigdy nie schodzące poniżej pewnego poziomu. „Tysiąc sztormów” też nie schodzi poniżej tego, gdzie Sandoval plasował się dotychczas, ale komiks nie porwał mnie, tak jak kiedyś porwał mnie wspomniany „Doomboy”. Polecam więc fanom, a reszcie czytelników polecam przyjrzeć się Sandovalowi ogólnie, bo na pewno zasługuje na uwagę.

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także