13 stycznia 2014

Nad rzeką, której nie ma

Eco w swojej najnowszej publikacji zbiera dowody na to, że krainy istniejące tylko na papierze mają rzeczywisty wpływ na ludzkie życie.

 

Kto choć raz nie zastanawiał się, gdzie dokładnie leży Nibylandia Piotrusia Pana („za trzecią gwiazdą na prawo, a potem prosto, aż do rana” wydaje się wskazówką nieco zbyt mętną), pod jakim adresem mieszkała Holly Golightly, w wodach jakiego oceanu utonęła Atlantyda (oczywiście, sam język wskazuje na Atlantyk, ale zawsze pozostaje jakieś „ale”)? Obcując z literaturą, nawet najbardziej realistyczną, wkraczamy w dziedzinę krain mitycznych, których śladu próżno szukać na powierzchni ziemi.

 

„Historia krain i miejsc legendarnych” to kolejna, po „Historii piękna”, „Historii brzydoty” i „Szaleństwie katalogowania” pozycja wydana pod redakcją Umberto Eco, który powoli staje się równie legendarny, co opisywane przez niego miejsca. Jest – jak zawsze – estetycznie, merytorycznie. A dla tych dla tych, którym tekst nie wystarcza, jest też dużo obrazków. To książka wielofunkcyjna: można ją zarówno postawić na półce, by dyskretnie dodawała splendoru księgozbiorowi (warto ją połączyć z pozostałymi tomami cyklu), można również naprawdę ją przeczytać, choćby po to, by podziwiać erudycję i wspaniałą zdolność syntezy autora.

 

Od czego się zaczyna? Oczywiście od starożytnych Greków i koncepcji płaskiej Ziemi, utrzymującej się przez tysiąclecia w oficjalnym nurcie nauki (aczkolwiek podobno Średniowiecze wcale nie było takie ciemne i to, że Ziemia jest kulą, było wiedzą powszechną). A dalej już leci: Terra Australis, utopie, święty Graal, Atlantyda, Wyspy Szczęśliwe, Vlad Palownik, Kolos Rodyjski itd. Jeśli wydaje wam się, że to trochę pomieszanie z poplątaniem, to macie rację. Eco nie oddziela zbyt wyraźnie krain wyobrażonych od legendarnych i rzeczywistych, skrywających miejsca nierzeczywiste. Trudno powiedzieć, czy robi to w sposób niezamierzony, czy też celowo.

 

„Historia krain i miejsc legendarnych” jest więc pozycją z gatunku „warto mieć na półce”. Przyda się nie tylko jako źródło chwytliwych anegdotek podczas spotkania ze znajomymi.