15 kwietnia 2014

Palcem po mapie

Świat zrobił się w ostatnich czasach niepokojąco mały. Podróże gwałtownie potaniały, a znajomi zalewają Facebooka, Instagram i resztę mediów społecznościowych zdjęciami z wakacji. A tymczasem podróżowanie to głównie udręka, zmęczenie i niewygody, stan zawieszenia i czas pomiędzy, który nie wlicza się w normalny rytm życia. Dlatego podtytuł książki Judith Schalansky tak do mnie przemawia – „pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę”. I wcale nie muszę.

 

A dlaczego nie muszę? Bo „Atlas wysp odległych” to właściwie jedna wielka przepyszna infografika. Każda strona pełna jest informacji, podanych w niezwykle estetyczny sposób, dzięki czemu ich ilość nie tworzy wrażenia wizualnego natłoku. Ryciny wysp wyglądają jak żywcem wyjęte z dziewiętnastowiecznego atlasu, okruchy lądu zagubione są wśród lazuru wód – czasem to dosłownie okruchy, najmniejsza opisana wyspa nie ma nawet jednego kilometra kwadratowego powierzchni.

 

Schalansky sama siebie przedstawia jako miłośniczkę atlasów i taki też obraz wyłania się z książki. Autorka pieczołowicie wyszukała najdziwniejsze wyspy, jakie tylko pływają po pięciu oceanach i opisała je z uczuciem zgoła nienaukowym. Ukazała je jako scenografię wydarzeń pięknych lub strasznych, zgodnie z mottem książki – „Raj jest wyspą. Piekło też”. Piekło jednak zdarza się znacznie częściej. Specyfika wyspy sprzyja uniwersalizacji, przez swoje rozmiary sprowadzając wszystkie wydarzenia do poziomu prawd absolutnych, zagęszczając je i kondensując. Trzeba o tym relatywizmie pamiętać, kiedy dowiadujemy się przykładowo, że dziesięć procent populacji Pingelap, okrucha ziemi na Pacyfiku, nie rozróżnia kolorów (to niespotykane nigdzie indziej zagęszczenie mutacji genetycznej). Te dziesięć procent to przy tym ledwie siedemdziesiąt pieć osób. I tak właśnie jest z wyspami.

 

Do tej książki nie trzeba specjalnie namawiać, wystarczy rzut oka i ewentualnie nosa (atlas pachnie doprawdy niezrównanie). Poza wszystkim to także wspaniała podróż literacka – język opowieści Schalansky jest niezwykle poetycki, zdradza emocjonalny stosunek do opisywanych miejsc. Bo niekoniecznie trzeba gdzieś jechać, żeby czuć, że się tam było.