9 września 2014

Pamięć absolutna

Biesłan jest jak otwarta rana. Z „Pękniętego miasta” płynie przede wszystkim taki wniosek, mimo że upłynęła już dekada od tragedii, a ocalałe dzieci przeżyły i, w większości, nie chcą o niczym pamiętać. Pamięta za to Kaukaz, od dziesięcioleci wstrząsany konfliktami etnicznymi i religijnymi, pochłonięty walką o niepodległość.

 

1 września 2004 roku sama jeszcze zaczynałam rok szkolny, więc pokrewieństwo z uwięzionym w szkole dziećmi było mi w naturalny sposób jeszcze bliższe niż dziś. Informacje na ich temat krążyły w mediach przez jakiś czas, potem emocje przygasły. Był jeszcze dokument Ewy Ewart, który obejrzałam już na studiach. A potem zapomniałam o Biesłanie, tak jak zapomniał o nim cały świat. I tylko ci, którzy wciąż muszą tam żyć, patrzeć w puste okna szkoły numer jeden, odwiedzać Miasto Aniołów, na którym pochowane są ofiary zamachu, widzieć tych, którzy przeżyli i wspominać tych, którym się nie udało – tylko oni wciąż pamiętają. Książka Pawlaka i Wlazły przypomina o tym, że tragedie nie tyle zdarzają się, ile trwają – trwają dopóty, dopóki żyje choć jeden świadek, dopóki wspomnienia wywołują choć cień emocji.

 

Zbigniew Pawlak na Bliskim Wschodzie mieszkał przez dziesięć lat. To, co zdarzyło się w Biesłanie, dotknęło go głęboko – z regionem związany jest emocjonalnie, tu urodziły się jego dzieci, chciał po 1 września pomóc tutejszym mieszkańcom, choćby tylko w wyrażeniu swojej żałoby. Jerzy Wlazło to zaś dziennikarz, któremu udało się przekonać Pawlaka, że pomóc może również w mniej materialny sposób – spisując ich historie, by mogli mówić przed szerszym audytorium. Najbardziej emocjonalną częścią książki jest rekonstrukcja wydarzeń w szkole – opowiedziana zarówno z perspektywy zakładników, terrorystów, jak i komandosów Specnazu. Ta część jednocześnie wydaje się najbardziej niewiarygodna – zwłaszcza opis stanu psychicznego terrorystów w miarę, jak dochodzi do nich, że postulaty nie będą spełnione i czeka na nich tylko walka i śmierć. Być może rekonstrukcja jest poprawna, być może z psychologicznego punktu widzenia prawdopodobna, ale zawsze raziło mnie szczegółowe opisywanie stanów emocjonalnych osób, które nie mogą dać na ten temat własnego świadectwa (podczas szturmu na szkołę przeżył tylko jeden z terrorystów).

 

Tuż po zamachu, kiedy Pawlak jeździł po Biesłanie z pomocą humanitarną, w miasteczku dominował żal, strach i żałoba. Niekończące się kondukty żałobne jednoczyły ludzi, tu na Kaukazie często podzielonych niezliczoną ilością przeróżnych uwarunkowań. Biesłan był cichy i pełen współczucia dla tych, którzy stracili bliskich. Dziesięć lat później podziały zdążyły zarysować się ponownie, a współczucie dla ocalałych zmieniło się w zazdrość – to oni byli adresatami pomocy materialnej, to im ułatwiono dalsze życie, to oni są teraz elitą miasteczka. Nie wszyscy umieją się z tym pogodzić. Pawlak na szczęście nie stara się o własny komentarz, pozwala wypowiadać się ludziom, nie oceniając ich postaw. Nie koncentruje się również na politycznym aspekcie całej sprawy, choć to właśnie te kwestie były przez długi czas najbardziej interesujące dla mediów. Cóż to jednak znaczyło dla tych, którzy musieli zostać w Biesłanie?

 

Ta książka rodzi emocje, a fakt, że opowiada ją człowiek, który nie jest zawodowym reporterem, dodaje jej autentyczności. „Pęknięte miasto. Biesłan” to pozycja z gatunku tych, które trzeba przeczytać, choć spotkanie z nimi jest bolesne.

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także