10 grudnia 2012

Shakespeare w każdym domu

Czwartego wydania „Sonetów” Williama Shakespeare’a w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka naturalnie nie sposób „recenzować” w ścisłym tego słowa znaczeniu, „recenzować” bowiem równie dobrze można by „Treny” czy „Liryki lozańskie”.

 

Gdyby nawet było to możliwe przy skupieniu się na ocenie i wartościowaniu samego tłumaczenia – nie warto. Można wyżej cenić pracę wykonaną przez Słomczyńskiego lub przez któregoś z innych tłumaczy, ale nie sposób odmówić Barańczakowi zdolności translatorskich, a także ogromu włożonej wiedzy i wysiłku. Klasyczne są w Polsce już nie tylko same „Sonety”, lecz także sama interpretacja autora „Książek najgorszych”.

 

Jak twierdził W.H. Auden, którego twierdzenie przytacza Barańczak we wstępie – na temat żadnego innego dzieła w historii światowej literatury nie zaczerniono większej ilości stron niż na temat „Sonetów”. Zaczerniano je w dodatku często, co widać we wstępie i przypisach, w sposób absurdalny, pokazując przy tym jak łatwo można skompromitować pracę literaturoznawcy w oczach ludzi rozsądnych. Na ich temat pisali zresztą oczywiście także ci rozsądni.

 

Gdyby w którymś z odcinków „Familiady” Karol Strasburger zapytał uczestników o wiersze o miłości, możemy być pewni, że spora grupa ankietowanych odpowiedziałaby właśnie: „Sonety” Shakespeare’a. Gdyby policzyć motta utworów literackich traktujących o miłości, zapewne fragmenty „Sonetów” biłyby się o palmę pierwszeństwa z 1 Listem do Koryntian czy Pieśnią nad pieśniami. Gdyby zapytać przeciętnego człowieka o angielską poezję przedromantyczną… i tak dalej. Mówiąc zwięźle – „Sonety” warto znać, abstrahując już nawet od ich zalet, wad i indywidualnych upodobań czytelników.

 

Najnowsze wydanie zbioru przygotowane przez a5 jest świetną okazją do lektury. Staranne, dwujęzyczne, w twardej oprawie, na dobrym papierze, ze wstępem i przypisami przygotowanymi przez tłumacza, jakby samo apelowało o Shakespeare’a w każdym domu.

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także