25 października 2012

Smutny olbrzym

„Goliat” Toma Gaulda jest biblijnym apokryfem opowiedzianym przez misia o bardzo małym rozumku.

 

Goliat to występujący w Starym Testamencie statysta. Filistyński straszak na Izraelitów, zabity przez bohaterskiego Dawida, przyszłego króla. Olbrzym mierzący sześć łokci i jedną piędź. Czy jednak aby na pewno straszliwy i groźny?

 

Tom Gauld, brytyjski rysownik znany między innymi ze współpracy z dziennikiem „The Guardian”, twierdzi, że nie. Goliat z Gat także w jego komiksie jest gigantem, ale za to łagodnym, usposobionym tak pokojowo, że aż flegmatycznie, najbardziej ceniącym sobie uroki systematycznej pracy urzędniczej. Mimo tego, dzięki wzrostowi został oddelegowany do walki, a raczej do straszenia Izraelitów. Jak wiadomo, jeden z nich nie dał się zmylić.

 

Historia opowiedziana w komiksie jest zarazem smutna i zabawna. Tak wygląda styl Gaulda. Mnóstwo przestrzeni w kadrach, oszczędne, niemal tautologiczne dialogi i ciągły humor, ale nie o takiej sile, żeby czytelnik mógł wybuchnąć śmiechem (może poza jednym momentem). Rysownik panuje nad opowieścią i stale trzyma ją w ryzach, sprawnie porusza się w klimacie, który zaplanował. To, co prezentuje „Goliat” można nazwać bezdenną, ale zarazem wysoce autoironiczną melancholią. W takiej właśnie atmosferze opowiedziana została ta, jak przystało na historię biblijną, uniwersalna przypowieść o daremności, marności i przypadku. I o smutnym śmiechu relatywizmu, który jest właściwy każdemu opowiadaniu.

 

Warto jednak zejść z wysokich rejestrów, zwłaszcza, że sam Gauld stawia te wszystkie tezy tak, jak robiłby to Kubuś Puchatek albo pięcioletnie dziecko – rozbrajająco. Częste porównania z Edwardem Goreyem (kojarzonym głównie z makabreską i wisielczym humorem) wydają się więc nie do końca przybliżać chyba najważniejszy aspekt „Goliata”, którego nie sposób trochę nie polubić, nawet gdy szuka się w lekturze czegoś więcej.