29 października 2014

Wszystko się może zdarzyć, gdy pijesz wódkę z szamanem

Czasami zdarza się tak: żyjesz sobie spokojnie w tej swojej zachodniej kulturze rozumu i rozsądku i nagle otwierasz taką książkę jak „Cztery zachodnie staruchy” – i bum! Nagle odkrywasz, że racjonalizm to tylko jedna z możliwych dróg, nie wszędzie dominująca. I że czasami trzeba po prostu trochę pokamłać.

Bartosz Jastrzębski i Jędrzej Morawiecki wyruszają do Buriacji i Mongolii śladem szamanów – ludzi wypełniających przestrzeń między sacrum i profanum, łatających pęknięcie pomiędzy światami, rozmawiających z duchami i zaklinających czasoprzestrzeń. A to wszystko dzieje się np. na trzecim piętrze poradzieckiego bloku, w przerwach od zwykłego żywota biznesmena, kierowcy czy lekarza. Bo szamani to już nie samotne wilki, wędrujące po tajdze – coraz częściej przenoszą się oni do miast, kierując się prawdopodobnie tym samym impulsem, co inni mieszkańcy regionu. W Ułan Bator żyje już prawie czterdzieści procent obywateli Mongolii.

Opowieść zaczyna się po zachodnioeuropejsku – od podróży pociągiem. Racjonalna narracja, opierająca się na obserwacji, w miarę upływu czasu i zagłębiania się w szamańską kulturę zaczyna się odkształcać, odrealniać, przechodząc chwilami w coś pomiędzy natchnioną wizją a opowieścią pogrążonego w malignie, przesiąkniętego alkoholem umysłu. Nie może to specjalnie dziwić, bo z szamanieniem wiąże się zwykle picie sporej ilości alkoholu. Na życzenie przodków, oczywiście. Nic już nie jest pewne, duchy przemawiają kiedy chcą, a głosy rozsądku, które z rzadka się tutaj odzywają, mówiąc o zaburzeniach psychicznych, schizofrenii i braku terapii, brzmią tak niewiarygodnie, jakby naprawdę nad Syberią otwarty był portal do innych poziomów duchowych.

Miło dla odmiany poczytać tekst, który nie stara się wyjaśniać. Który na siłę nie odwołuje się do zachodniej rzeczowości, ale zanurza się, pozornie bezkrytycznie, w zastanym świecie. Trzeba w końcu odrobiny wiary, żeby pisać o ludziach, którzy zaklinają deszcz, których zmarli proszą o tak drobne przysługi, jak  przekazanie chusty, bo w zaświatach zimno, którzy użyczają swoich ciał duchom i zrzeszają się przy tym w organizacje szamańskie. Trzeba trochę wierzyć, żeby nie potraktować tych zdarzeń – i tych ludzi – jak chodzącego żartu. A pokusa jest przecież spora.

„Cztery zachodnie staruchy” to powiew świeżego powietrza w polskim reportażu – reportaż maksymalnie uczestniczący. Przeczytajcie, niezależnie od tego, co myślicie o szamanach i innych formach religii – warto.

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także