Nad obydwoma książkami unoszą się te same duchy i słowa z przeszłości (szczególnie zielone i anarchiczne błogosławieństwo Thoreau); obydwa dukty, którymi kroczą autor i autorka pokonywane są niespiesznie. Nawet podtytuły brzmią prawie identycznie: „Opowieści wędrowne” i „Opowieści o wędrówkach” i narracje wiodą nas z miasta w pola, skały, łąki, między drzewa, na pustynie.
Do czego za 200 lat dokopią się fotograficzni badacze naszej przeszłości?
Zawsze ich myliłem. Bahdaj i ten drugi. Nizurski i ten od „Podróży za jeden uśmiech”. Nie wiem czemu dwaj najpopularniejsi pisarze młodzieżowi czasów PRL-u stanowili dla mnie jedność. A w zasadzie wiem, ale trzeba było śmierci Edmunda Niziurskiego, bym to sobie uświadomił.
Dlaczego plastikowe figurki Wisznu i Śiwy, cały panteon wedyjski, Budda w drewnie czy też maoryskie rzeźby w nefrycie budzą w co poniektórych zachwyt, a Karol Wojtyła z aureolą na olejnym obrazie jest powodem do drwiny?
Do adaptacji arcydzieł literatury mam stosunek nieufny. Pachną albo cenzurą, albo szkolnym brykiem, albo uproszczeniem - żeby łatwiej było coś przełknąć, żeby szybciej można było zająć się czymś innym. Przypomina mi się żart rysunkowy z „New Yorkera” - jedna pani poleca drugiej książkę w księgarni mówiąc: „To fajna książka. Nie zmarnowała mi zbyt wiele czasu”.